Wiesław Leńczuk – Otworzyła mi głowę na świat


Moje pierwsze spotkanie z Siostrą Marią miało miejsce w 1989 roku, kiedy to po wyjściu z wojska nie bardzo wiedziałem, co ze sobą począć i pogubiłem się wewnętrznie, w ogóle byłem, mówiąc delikatnie i skrótowo, „niepozbierany”.

Wszystko zaczęło się tak: byłem na spowiedzi u księdza Kulki w Żaganiu, gdzie skierował mnie ksiądz Zbigniew Tartak. Człowiek ten, cierpliwy i życzliwy, widząc, co się ze mną dzieje, wysłał mnie na modlitwę wstawienniczą do Siostry Marii. Nie znałem takiej praktyki, nie wiedziałem, czego się po niej spodziewać. Po dłuższym jednak czasie spełniwszy zalecenie spowiednika, stanąłem w progu domu państwa Jurczyńskich. Myślałem wtedy: „Co to za kobieta?”. Pomieszczenie bardzo skromne, ciemne, na strychu. Wystraszony okropnie, najpierw stałem blisko klamki. Kobieta zaczęła się nade mną modlić, także o uwolnienie.

Modlitwa była poprzedzona długą rozmową. Miałem nieodparte wrażenie, że Siostra wie o mnie wszystko, co mnie dziwiło, gdyż wydawało mi się, że ktoś jej o mnie to wszystko wcześniej opowiedział. Jej wiedza i doświadczenie dawało takie wrażenie. Dzisiaj jednak wiem, że był to jej charyzmat przejrzenia duszy człowieka. Sama nie byłaby w stanie tak widzieć człowieka i wyprzedzać jego wyjaśnień. To był dar, że widziała, z czym ktoś przychodził i co tak naprawdę go dręczy. Mimo to tak prowadziła rozmowę, żeby człowiek sam to odkrył. Szczególnie chciała pokazać przyczynę zjawiska, korzeń problemu, bo to jest klucz do wielu uzdrowień.

Samo przywitanie w jej domu słowami: „Dobrze, że jesteś” wprowadzało atmosferę akceptacji i życzliwości, choć powodowało na początku lekką konsternację: „Co? Ja? Jak to? Czemu?”.

Zawsze mówiła, że zanim się wyleczy, każdą ranę trzeba odkazić, oczyścić, obandażować i zaaplikować lek – co zazwyczaj boli. Podobnie jest z uzdrowieniami – trzeba dojść przyczyny i momentu początkowego tego, co sprawia w nas tyle bólu i cierpienia. Trzeba rozumieć mechanizm własnych reakcji. Siostra modlitwą ogarniała całe życie człowieka od momentu jego poczęcia. To bardzo ważne, bo wiele duchowych i osobowościowych schorzeń ma swoje źródło jeszcze na etapie prenatalnego okresu życia lub dzieciństwa. Nieświadome działania rodziców, środowiska czy bliskich mają ogromne znaczenie dla dalszego ciągu zdarzeń w naszym życiu i w dorosłości. Trzeba tu mocno zaakcentować, że Siostra Maria była obdarowana charyzmatem trafiania w tego typu problemy.

Nieraz trzeba było zmagać się z samym sobą, żeby sobie przypomnieć i uświadomić wiele zdarzeń z okresu dzieciństwa, mających wpływ na życie. To uczyło pokory i stawania w prawdzie. Modlitwa wstawiennicza u Siostry uzdrawiała właśnie te korzenie i przyczyny. Dopiero po takim gruntownym przeanalizowaniu życia można było rozpoznać dalszy ciąg swojej nowej drogi z Jezusem i uczyć się budowania na prawdzie, a nie tylko na uczuciach. Siostra Maria mawiała często, że „Odnowa to nie żaden ruch, ale proces ciągłego zaczynania od początku, czyli «od nowa»”. Mówiła, że starego domu nie warto remontować, bo i tak zawsze będzie stary, trzeba budować nowy dom. Odnosiło się to także do codziennego życia, bo – jak mawiała: „Bóg daje nowy dzień i zaczynamy go całkiem od nowa, jak nową czystą kartkę papieru do zapisania nowego listu”. Tak więc uczyła, że Odnowa to proces, który jest dynamiczny. Człowiek nigdy nie pozostaje na jakimś poziomie – albo idzie do przodu, albo się uwstecznia.

I po tym spotkaniu zacząłem tak właśnie, powoli, bardzo spokojnie układać moje życie we właściwej kolejności. Nie było nagłego „Och”, po którym wyszedłem uzdrowiony, uśmiechnięty. Może z innymi tak było, ale ja musiałem potem długo pracować pod jej okiem nad sobą i swoim „pięknym” charakterem.

Jednak najtrudniej było w domu, bo trzeba było w pewnym momencie jakoś się ujawnić. Padło pytanie: „A gdzie ty tak jeździsz we wtorki?” i moja odpowiedź: „No, na spotkanie…”. „A co to za dziewczyna?”. „No taka… około siedemdziesiątki…”. Popatrzyli na mnie z ogromnym zdziwieniem.

Wtedy moja mama umierała na nowotwór. Był to czas burzy w moim życiu. Chodziłem do Siostry na spotkania dla młodzieży, początkowo jako obserwator, potem uczestnik, a potem Siostra Maria zaproponowała mi seminaria Odnowy w Duchu Świętym.

Na początku często odwiedzałem też Siostrę prywatnie. Czasem okazyjnie, a innym razem umawiałem się na rozmowę. Uderzało w jej duchowości to, że nie była to jakaś ascetyczna czy pustelnicza surowa szkoła, raczej odwrotnie – pełna pogody ducha. Każde postawienie jakiegoś wymagania wiązało się z realiami codziennego życia i było mocno na nich oparte. Dla niej świętość wiązała się nie z ilością odmawianych modlitw, ale z postawą i stylem życia. Chociaż była bardzo wymagająca co do życia wewnętrznego, to zawsze pracę nad sobą doskonale łączyła z realiami egzystencji człowieka. To, co najcenniejsze i najprawdziwsze, dla niej musiało wynikać z postępowania, a nie z gadania.

Umiała też doradzić, jak sadzić truskawki, uprawiać ogród, zajmować się domem, uczciwie pracować, nie dać się wykorzystywać, jak zadbać najpierw o rodzinę. Szczególnie mocno chcę podkreślić jej rozumienie rodziny i troskę o nią. Siostra zawsze mówiła, że najpierw musimy uporządkować swoje życie i siebie, a potem dbać o rodzinę i wypełnianie obowiązków stanu, dopiero później można myśleć o ewangelizacji i szerszym zaangażowaniu w życie Kościoła. Uczulała, że jak się nie zachowa takiej kolejności, to wychodzi tylko bałagan, nieuporządkowanie, a nawet zgorszenia i dewocja. Maria mówiła: „Co to za zelatorka Żywego Różańca, która idąc do kościoła, nie zadba najpierw o to, żeby mąż i dzieci miały obiad w domu, albo wychodzi i jest skłócona z mężem!”. Takich wypowiedzi do dziś pamiętam wiele i dziękuję za nie Bogu. Siostra Maria do bólu kładła nacisk na autentyzm wiary, co zaskakiwało wielu ludzi. Niektórzy przez to od niej odchodzili. Nie umieli znieść prawdy albo próbowali iść w życiu duchowym drogą na skróty, nigdzie nie dochodząc.

Tak było m.in. z seminariami Odnowy, które zwykle trwają siedem tygodni, a u Siostry Marii potrafiły trwać nawet latami. Wyznawała zasadę: albo prawda do bólu, albo nic! Każdy dzień seminaryjny trwał u niej tak długo, aż każdy z nas wypracował czystą postawę w jakiejś sprawie. Nie było ani kroku dalej, szlifowała każde nasze zaniedbanie, ale wszystko we współpracy z łaską Bożą. Chodziło więc o pracę nad swoim charakterem, ale w nieustannej konsultacji z Duchem Świętym. „Samemu może pracować nad sobą każdy ateista – my mamy iść w Duchu Świętym, bo On wie jak i którędy nas prowadzić” – mówiła. Nasza wiara miała się wiązać z życiem. Mówiła też do nas: „Tu, w tym miejscu i czasie Bóg nas posiał jak nasionko i tu mamy wzrastać i przynosić owoce…”.

Nieraz pod pretekstem drobnej naprawy czy pomocy w domu, o którą prosiła, obserwowała mnie czy innych, jak naprawdę wygląda nasze życie. W trakcie takich prac, często podczas gotowania obiadu czy obierania ziemniaków – toczyły się nasze rozmowy. Ogromny nacisk kładła na życie w nieustannej obecności Boga. To był klucz do zjednoczenia życia codziennego i obowiązków, każdej sekundy życia z nieustającą modlitwą przekształcającą się w medytację, adorację czy kontemplację Boga w przeróżnych formach. Dzięki takiej postawie wszystko stawało się modlitwą i człowiek nawet przechodzących obok przypadkowych ludzi oddawał Bogu, jak tego uczyła Siostra. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że sygnał przejeżdżającej karetki to sygnał do modlitwy za człowieka, którego życie jest zagrożone.

Na seminaria Odnowy miałem szczęście chodzić z córką Siostry Marii, Pestką, Adamem, Darkiem, Edmundem i wieloma innymi ludźmi. Każdy z nas jest dzisiaj zaangażowany w życie Kościoła. Owocem pracy Siostry nad nami jest to, że pozostawiła po sobie ludzi, którzy bardziej lub mniej udanie kontynuują w swoim życiu ideę służby człowiekowi w Duchu Świętym i Jego darami, aczkolwiek każdy na innej płaszczyźnie czy w innym środowisku.

Każdy animator jest naprawdę dobry, gdy pozostawi po sobie kadrę kontynuującą jego dzieło. Tak właśnie jest w przypadku Siostry Marii. Do dziś spotykam wielu ludzi, którzy są jej uczniami i, połknąwszy bakcyla ewangelizacji, kontynuują jej dzieło.

Na spotkaniach seminaryjnych przede wszystkim kształtowaliśmy swoje charaktery, ale zdarzały się też uzdrowienia fizyczne. Pamiętam, że w tym czasie miałem chorą tarczycę. Jeszcze w wojsku lekarze wykryli u mnie tzw. guzek ciepły. Oczywiście poszedłem w tej sprawie do Siostry. Modliła się nade mną o uzdrowienie nie tylko z tej choroby tarczycy. Nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale po jakimś czasie, po kolejnym badaniu okazało się, że nie mam już chorej tarczycy. Nie utożsamiałem tego faktu z jakimś uzdrowieniem. Nie doznałem też jakichś wielkich przeżyć duchowych. Ale fakt pozostaje faktem.

Siostra Maria pomagała mi rozeznawać pewne kroki w życiu. Uczyła mnie, że na pierwszym miejscu w moim życiu musi stać Pan Bóg. Uczyła, jak przemienić swój antropocentryzm na chrystocentryzm – co nie jest łatwe. Pomagała mi też rozeznać moje powołanie i pracę w szkole.

Pytałem: Panie Jezu, jakie mam powołanie w życiu, co mam robić? Nawiasem mówiąc, nie chciało mi się nic robić – nie widziałem się nigdzie, w żadnym zawodzie. Tymczasem te właśnie spotkania, rozmowy sprawiły, że rozpocząłem studium katechetyczne dla uzupełnienia własnej wiedzy religijnej. Chciałem oprzeć swoją wiarę na wiedzy, a nie tylko na pragnieniach. W tym czasie byłem zarejestrowany jako bezrobotny, a na skutek przemian politycznych katecheza wkroczyła do szkół. Po jakimś czasie i mnie zaproponowano pracę w katechizowaniu. Oczywiście nie podjąłem jej od razu, ale zapytałem Jezusa, czy to Jego droga dla mnie. Pamiętam do dziś, jak w czasie modlitwy o rozeznanie tej drogi Siostra Maria miała taki obraz: szereg uli pełnych pszczół, a ja chodzę i zajmuję się tymi pszczołami. Dopiero wtedy przyznałem się Siostrze, że zapisałem się na studium katechetyczne. Właśnie wówczas zapadła moja decyzja o podjęciu pracy katechety. Potem już tylko rozeznawaliśmy, gdzie mam pracować.

Nie wiedziałem, że będę katechizował tam, gdzie wcześniej katechetką była najpierw Siostra Maria, a potem jej mąż. Wtedy powstawała w Żarach nowa parafia pw. Miłosierdzia Bożego. Tam złożyłem dokumenty i każde zdarzenie z tamtego czasu było jasnym potwierdzeniem dobrego rozeznania Siostry Marii. Wiedziałem, że prowadzi mnie Duch Święty. Oczywiście były też różne trudności czy nawet błędy, ale zawsze mogłem wrócić do początku i zacząć od nowa.

Siostra Maria pomagała mi rozpoznawać wolę Bożą w różnych aspektach mojego życia. Mogę powiedzieć, że dzięki niej się ożeniłem. Wcześniej zastanawiałem się nad tym, czy mam powołanie do kapłaństwa. Moim wzorem był ksiądz Zbigniew Tartak, starszy kolega, znany od dziecka. Potem nieoczekiwanie spotkaliśmy się u Siostry Marii. Przypadkiem dowiedziałem się, że on też chodzi „do tej samej dziewczyny” co ja i byłem nawet na niego zły, że mi o tym nie powiedział.

Siostra Maria uczyła mnie, jak krok po kroku szukać woli Bożej, jak ją przyjmować i z pokorą odczytywać przeciwności, z których należy wyciągać wnioski. Pamiętam, że potrafiłem w czasie przerwy zaprowadzić ucznia, z którym nikt już nie dawał sobie rady, na modlitwę wstawienniczą. Potem okazywało się, że jego matka i rodzeństwo przystąpili do Odnowy. To uzdrowienie jednej osoby miało wpływ na innych członków jej rodziny. Podobnie było zresztą i w moim przypadku.

Siostra Maria zmieniła moją płytką, tradycyjną religijność w głębsze i autentyczne życie wiarą w poczuciu bliskości Boga i Jego miłości oraz komfortu psychicznego, radości życia i co najważniejsze – świadomości, że nie tu, na Ziemi jest centrum mojego bytu, ale prawdziwe życie rozpocznie się dopiero tam, dokąd wszyscy zmierzamy – u Ojca.

Jej dar rozeznawania był bardzo szczególny. Zawsze przez nią pytałem Jezusa, co mam zrobić, jak postąpić, jak rozwiązać jakiś problem. Uczyła mnie, jak mam sobie radzić w katechezie i jak pomagać rodzicom.

Z perspektywy lat uważam, że najważniejsze w kontakcie z Marią było spotkanie Boga poprzez jej posługę. Najcenniejsze jest to, że w prostych słowach przekazywała całą swoją wiedzę. Zawsze szła tam, gdzie Bóg ją posyłał. Nas uczyła tego samego. Pokazała głębię życia duchowego w sposób prosty i oczywisty, a nie w hermetycznej terminologii teologicznej. Po prostu otworzyła mi głowę na świat. Dało mi to nowe spojrzenie na ludzi i siebie. Przybliżyła mi Boga. Bóg w niej działał.

Dzisiaj dziękuję Bogu, że dał mi możliwość spotkania tej osoby i spotkania się z Nim poprzez Marię.