O. Mariusz Bigiel – SJ Marylka – oddana posługiwaniu zleconemu przez miłosierdzie


Siostrę Marię od Ducha Świętego poznałem w 1983 roku na weekendowych rekolekcjach dla animatorów Odnowy w Duchu Świętym w Rokitnie. Od samego początku budziła zaufanie, gdyż mówiła z sensem i po przemyśleniu rzeczy głębokie, a ponadto była przy tym autentycznie radosna. Z jej postawy biła głęboka, entuzjastyczna wiara. Chciwie słuchałem jej nauk i poddawałem się formacji. Uderzały mnie niepowtarzalne cechy jej duchowości, z których na pierwszym miejscu postawiłbym pełne zaufanie do osoby Ducha Świętego i otwarcie się na Niego.

Nauczała wielokrotnie i na różne sposoby, że „w Duchu Przenajświętszym nie ma możliwości klęski”. Charyzmaty definiowała jako „zwycięskie moce Ducha Świętego” i demonstrowała ich skuteczność przez uzdrowienia wewnętrzne, głębokie zrozumienie tajemnic wiary chrześcijańskiej, uzdrowienia fizyczne, niespotykaną pokorę, autentyczną miłość bliźniego, radykalizm apostolski. Przystępującym do modlitwy o wylanie darów Ducha Świętego stawiała wymogi pełnej gotowości (dyspozycyjności) do służby, połączonej z posłuszeństwem natchnieniom Ducha Świętego. Pierwszym i nieodzownym krokiem było przyjęcie wszystkich darów duchowych, jakich chce udzielić Duch Święty, bez stawiania Mu warunków ani zastrzeżeń. Niekiedy przygotowanie do takiej dyspozycyjności trwało latami, bo petent stawiał opór łasce, zwłaszcza pokory. Pewnego dnia z dumą pokazała mi w listopadzie gałązki zachowane po Zielonych Świątkach i stojące na honorowym miejscu na stole: „Specjalnie je zostawiłam, gdyż u mnie Zielone Świątki trwają cały rok”. Im bardziej ją poznawałem „w akcji”, tym mocniej upewniałem się, że nie jest to deklaracja na wyrost. Marylka była w pełni katolicka i w pełni charyzmatyczna, nigdy nie tracąc mocy ducha.

Siostra Maria posiadała spójny system duchowości. Posługiwanie modlitwą wstawienniczą uzależniała od realnego postępu duchowego. „Z pustego i Salomon nie naleje” – mawiała. Innym razem dodawała: „Niektórzy niedokładnie douczeni utożsamiają Ducha Świętego z jakimś ptakiem, nie umiejąc nawet określić, że chodzi o gołębicę. Sądzą zatem mylnie, że Duch Święty to wręcz ptak, a nie Osoba Boska! W swej głupocie posuwają się nawet do wyobrażeń, że musi to być sroka, która siada na byle kołku. Duch Święty jednak na byle kołku (tzn. na niedysponowanym chrześcijaninie) nie usiądzie. Trzeba się przygotować, zanim się wyciągnie ręce po Pięćdziesiątnicę!”.

Marylka była pełna bezpośrednich natchnień, wiedzy, nauk ascetycznych sprawdzonych w działaniu, praktycznych rozwiązań oraz rad adekwatnych do sytuacji. Dlatego w odróżnieniu od wielu współczesnych nurtów zwodzicielskich, modlitwa wstawiennicza nigdy nie była dla niej metodą ucieczki od reformy własnego życia w pouczanie innych. Tłumaczyła pewnego razu: „Najpierw przeczyszczamy rury naszych dusz, a potem dopiero puszczamy kanałami łaskę do innych. Nie mylić kolejności!”.

Siostra Maria posiadała głęboką wiedzę z zakresu teologii moralnej, apologetyki, teologii biblijnej, teologii duchowości. Zdobywała ją konsekwentnie „na klęczkach”, czytając mądre książki i spisując mądre konferencje ascetyczne. Wielu doktorów teologii próbowało ją „omamić” bez żadnych szans, gdyż Marylka wiedziała, w co wierzy.

Posiadała również charyzmatyczne poczucie humoru. W literaturze znalazłem jedynie św. Filipa Neri, który miał podobne uzdolnienia. Do najświetniejszych dowcipów, jakie słyszałem z ust Marylki, należało pytanie, które mi zadała: „Czy możesz mi wytłumaczyć, skąd u tak wielkiej liczby naszych księży na homiliach tak przerażający pesymizm? Czy jest jakieś biblijno-teologiczne uzasadnienie (zapewne posoborowe) tego braku nadziei, jaki przebija z przepowiadania?”.

Kolejną jej cechą było posłuszeństwo hierarchii Kościoła połączone z wymogami jej autentyczności. Marylka nigdy nie ustępowała przed jakimkolwiek hierarchą Kościoła katolickiego, który chciałby pomniejszyć chwałę Bożą.

Propagowała szkołę duchową, w której jedynym kryterium postępu była autentyczna miłość bliźniego wyrażająca się w konkretach. Mawiała: „Ogólniki to zostaw sobie, gdy przemawiasz do lampy. Pan Bóg oczekuje konkretów! Sprawdzają się one w miłości bliźniego. Miłość zaś to nie żadne czułe słówka, ale uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy. Pełen konkret, żadna wieloznaczność”.

Osobiście wielokrotnie i na różne sposoby korzystałem z modlitwy wstawienniczej Marii jako kleryk, najpierw gorzowskiego seminarium, później seminarium jezuickiego. Doświadczenie obecności Ducha Świętego było niepowtarzalne, charakterystyczne i objawiało się później głęboką i efektywną modlitwą. Po drodze dokonywały się wyzwolenia z wad, grzechów, nałogów, głupoty, uporu i wszelkich oparów niedowierzania w konkretność działającego Boga.

Doświadczenie Boga żywego było u Marylki na porządku dziennym. Popierała je wywodami tłumaczącymi znaczenie słowa Bożego, które do dziś są dla mnie inspiracją do nauczania i rozumienia teologii. Pragnę przytoczyć jej własne rozumienie modlitwy wstawienniczej. Zwierzyła mi się, że długo szukała tekstu biblijnego, który miałby oddać jej charyzmat w posłudze modlitwą wstawienniczą. Gdy zaś go znalazła, od razu podskoczyła z radości, całkiem pewna, że nie znajdzie lepszego. Oto on wraz z jej komentarzami, jakie pamiętam, jakby były dziś wypowiadane.

W służbie całej prawdy

„Przeto oddani posługiwaniu zleconemu nam przez miłosierdzie, nie upadamy na duchu. Unikamy postępowania ukrywającego sprawy hańbiące, nie uciekamy się do żadnych podstępów ani nie fałszujemy słowa Bożego, lecz okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka. A jeśli nawet Ewangelia nasza jest ukryta, to tylko dla tych, którzy idą na zatracenie, dla niewiernych, których umysły zaślepił bóg tego świata, aby nie olśnił ich blask Ewangelii chwały Chrystusa, który jest obrazem Boga. Nie głosimy bowiem siebie samych, lecz Chrystusa Jezusa jako Pana, a nas – jako sługi wasze przez Jezusa. Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” (2 Kor 4,1-5).

„Oddani posługiwaniu” – Maria modlitwę wstawienniczą rozumiała jako służbę dla bliźniego, za którego należy ofiarować nawet życie. Zawsze posługiwała bezinteresownie i ofiarnie, nierzadko kosztem snu, minimum wygód należnych choremu człowiekowi, czasu dla siebie, a poniekąd rodziny, której tłumaczyła, że księża potrzebują ofiarnego wsparcia świeckich.

„Zleconemu nam przez miłosierdzie” – Marylka miała świadomość, że sama siebie nie posłała do tej służby, która rozpoczęła się wraz z modlitwą ojca Toma Forresta CSsR. Odpowiadała jedynie na powołanie, którego autentyczność potwierdził w rozmowie Ojciec Święty Jan Paweł II. To ważny element tożsamości będący podstawą pewności misji.

„Nie upadamy na duchu” – jako osoba świecka nie miała łatwego życia, nawołując w osobistych rozmowach do gruntownej przemiany dla osiągnięcia poziomu duchowego adekwatnego do pełnionych urzędów ponad 1500 kapłanów i 6 biskupów. Działo się to w czasach, kiedy jakiekolwiek zakwestionowanie pełnej doskonałości duchownych było natychmiast określane jako atak na Kościół, który poniekąd specjalizował się w kontratakach…. Znieść to wszystko, będąc kobietą świecką i nie odstąpić od stawiania wymogów świętości można było wyłącznie w pełnej łączności z Chrystusem ukrzyżowanym, z miłości do Kościoła, z którym Marylka łączyła się nie tylko modlitwami, lecz i cierpieniami.

„Unikamy postępowania ukrywającego sprawy hańbiące” – Marylka stawiała nie z własnej woli czoła strukturom zła i wychodziła z konfrontacji cało, odzyskując zniewolonych ludzi dla życia wiarą. Nie podzielała opinii, że zło ukryte i zamaskowane, zwłaszcza w Kościele, jest pod kontrolą. Można powiedzieć, że Duch Święty chciał przez nią przygotować Kościół do epoki medialnej jawności oraz klarowności proklamowanej przez Benedykta XVI. W latach 80. i 90. XX wieku, kiedy się z nią spotykałem, nie miała zbiorowego poparcia, choć uczciwie trzeba przyznać, że niektórzy hierarchowie współpracowali z nią w misji uświęcania duchowieństwa. Podstawowa trudność w pracy nad książką „Modlitwa wstawiennicza” wynikała z absolutnie nowatorskiego ujęcia (jak na tamte czasy), wedle którego nie wszyscy duchowni są już w pełni doskonali…

„Okazywaniem prawdy przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka” – Marylka nauczała jawnie i zawsze prosiła o zatwierdzenie swej posługi przez duchownych. Deklarowała pełną jawność i klarowność także w odpowiadaniu na zarzuty i oskarżenia, rzucane zazwyczaj kłamliwie, pokrętnie oraz w złej wierze przez osoby chcące bronić swojego rzekomego prawa do popełniania zła. W dyskusjach Marylkę można było pokonać jedynie przez niedopuszczenie do głosu lub przerywanie wypowiedzi – nie ze względu na długość, ale klarowną argumentację jej myślenia. Były zespoły ludzi, które specjalizowały się w jej uciszaniu. Za przykład może posłużyć słynna w Krakowie sprawa grupy kilkuset osób z dominikańskiej „Beczki”, które wyemigrowały do kościoła zielonoświątkowców. Marylka z półtorarocznym wyprzedzeniem zwróciła uwagę adekwatnemu gremium, że sprawa w sposób jawny i dla niej jednoznaczny zmierza ku wyjściu poza obręb Kościoła. Została wówczas zakrzyczana i oskarżona o zazdrość wobec dynamicznie rozwijającej się grupy. Jej oskarżyciele po całej dramatycznej aferze stwierdzili z rozbrajającą szczerością: „No, stało się, ale kto to mógł przewidzieć?”. Mogli ci, których nie dopuszczano do głosu.

„A jeśli nawet Ewangelia nasza jest ukryta, to tylko dla tych, którzy idą na zatracenie, dla niewiernych, których umysły zaślepił bóg tego świata” – wielokrotnie i na różne sposoby Marylka oraz inni promotorzy życia wewnętrznego napotykali na pełne niezrozumienie ludzi Kościoła skoncentrowanych na budowie murów, struktur, urzędów, plebanii etc., dla których życie wewnętrzne było jeśli nie iluzją, to najwyżej niegroźnym hobby dla dziwaków kościelnych. Światowy sposób myślenia ukazywał stopień infiltracji władzy świeckiej i jej odwieczną chęć do zawładnięcia duchem Kościoła.

„Aby nie olśnił ich blask Ewangelii chwały Chrystusa, który jest obrazem Boga. (…) Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” – w jednej z rozmów Marylka wyznała mi, że po każdej posłudze dziękuje Duchowi Świętemu za sukcesy oraz pyta Pana Jezusa, co poprawić. Dodała też konfidencjonalnie, że stara się oczyszczać intencję, działać nie na większą, lecz maksymalną chwałę Bożą. A potem jeszcze ją zmaksymalizować, poddając się coraz bardziej Duchowi, aby zostać przez Niego przenikniętą i prowadzoną co do celu, stylu, okoliczności, formy etc.

W szczerości serca pragnę też podzielić się swoim subiektywnym przeżyciem z Mszy Świętej pogrzebowej Marylki. Kiedy przyjąłem za nią Komunię Świętą i udałem się na dziękczynienie, nagle nieoczekiwanie dla siebie doświadczyłem głębokiego przeżycia duchowego i ujrzałem oczami wyobraźni (którą odróżniam od realności, co pragnę podkreślić) Marylkę tańczącą i podskakującą z radości przed Bogiem, która mówi z niepisanym zachwytem: „O jakże niesamowicie wielka jest chwała Boga!”. Za tymi słowami kryła się tak ogromna moc duchowa, że uważam je za najlepsze w moim życiu zilustrowanie słów: „blask Ewangelii chwały Chrystusa, który jest obrazem Boga”.

„Głosimy Chrystusa Jezusa jako Pana” – duchowość Marylki była w stu procentach chrystocentryczna i koncentrowała się na przywracaniu Jezusowi właściwego miejsca, zwłaszcza w Kościele.

„Jako sługi wasze przez Jezusa” – Marylka podkreślała, że każdy, kto „wyciąga rękę po Pięćdziesiątnicę”, nieodwracalnie staje się sługą misji i musi być już od tej pory na zawsze dyspozycyjny wobec woli Bożej, posługując tam, gdzie Bóg chce, tak jak On chce i wtedy, kiedy On pragnie, a już na pewno nie może potem podawać się do dymisji, gdyż byłaby to dezercja i nadużycie darów, które nie są udzielane dla zabawy.

Z całą pewnością i z pełnym przekonaniem mogę zatem zaświadczyć, że Marylka stworzyła w pełni katolicką i w pełni charyzmatyczną szkołę duchowości, całkowicie opartą na słowie Bożym i umieszczoną w sercu Kościoła, zakotwiczoną w najcenniejszych tradycjach intelektualno-ascetycznych Kościoła, a zarazem awangardową i skuteczną. Nie da się również ukryć, że była radykalna, bo nie dopuszczała kompromisów ze złem ani ustępstw kosztem chwały Bożej. Szkoła modlitwy wstawienniczej Siostry Marii od Ducha Świętego jest oryginalnym, charyzmatycznym ruchem w Kościele, wartym ze wszech miar propagowania wśród osób, którym nie wystarczają pozory chrześcijaństwa, a są świadome, że nie znajdują szczęścia w ofercie kariery światowej, choćby miała być realizowana w urzędach kościelnych. Mam nie tylko wrażenie, ale wręcz głębokie przekonanie, że Marylka nie powiedziała ostatniego słowa. W każdym bądź razie można roztropnie przypuszczać, że zgodnie ze starochrześcijańską tradycją rada byłaby przekazać dziś swoje orędzie: Wy mnie nie opłakujcie, wy mnie naśladujcie!

  1. Świadomie i dobrowolnie używam słowa „Marylka”, gdyż tak o Siostrze Marii od Ducha Świętego mówili jej przyjaciele. To zdrobnienie oraz prostota wyrażają serdeczność i brak namaszczenia typowego dla duchowości opierającej się na sztucznych określeniach. Sformułowanie „Siostra Maria od Ducha Świętego” pozostanie dla mnie pośmiertnym orderem. Dla mnie i jej przyjaciół z owych czasów zawsze pozostanie „Marylką”.