Jacek Stroynowski – Nadal uwielbia Boga i wstawia się za nami


Siostrę Marię pierwszy raz spotkałem w sierpniu 1981 roku. Byłem wtedy uczestnikiem rekolekcji oazowych i przyjechałem do Krościenka, gdzie na tak zwanej Kopiej Górce zorganizowany był Dzień Wspólnoty. W tym dniu spotkałem ponad 1000 uczestników rekolekcji z całej okolicy, a moją uwagę w sposób szczególny przykuła tyko jedna kobieta w starszym wieku, wydawałoby się nieciekawa, nieatrakcyjna dla dwudziestoletniego chłopaka. A jednak! Słuchając jej świadectwa, poczułem się niejako pociągnięty do tego, by podejść do niej i porozmawiać o Bogu, który – czułem to – mocno działa w jej życiu.

W czasie rozmowy zaprosiłem Siostrę Marię do Nowego Sącza, aby dała świadectwo swego życia z Bogiem we wspólnocie modlitewnej, do której należałem. W twarzy tej kobiety widziałem uderzającą radość, a w jej słowach czułem moc i wolność pochodzącą z bliskości Boga. Moja więź z Siostrą Marią pogłębiła się jeszcze, gdy okazało się, że prawdopodobnie jest między nami pokrewieństwo.

Od tamtego czasu nasze drogi często się krzyżowały. Spotykaliśmy się na rekolekcjach, spotkaniach modlitewnych, ale najczęściej sam przyjeżdżałem do Żar i czułem się przy niej dobrze, jak członek rodziny. Wiedziałem, że jest osobą, która może mi dużo podpowiedzieć w mojej wewnętrznej pracy nad sobą i dlatego rozmawiałem z nią szczerze i swobodnie.

Pamiętam, że w jednej sprawie zostałem zdecydowanie przez nią napomniany. Z jednej strony była życzliwa jak matka, ale zarazem czujna i gotowa w każdej chwili zauważyć niebezpieczeństwo, wyłowić grzech, a swoją ostrością widzenia potrafiła zawstydzić, bo nie było u niej pobłażliwości.

W sierpniu 1989 roku przyjechałem do Siostry Marii z dziewczyną, której zamierzałem się oświadczyć. Chciałem poznać jej zdanie, prosić o rozeznanie. Na modlitwie powiedziała, że widziała nas, jak patrzymy do studni i widzimy swoje odbicia. Nie wyczułem, aby wtedy dała mi wyraźne wsparcie w moich zamiarach. Chyba za bardzo myślałem wtedy o sobie, a miłość to przede wszystkim myślenie o drugiej osobie.

W kwietniu 1990 roku, mając już 30 lat, ciągle nie wiedziałem, czy moim powołaniem jest kapłaństwo, czy małżeństwo. Pojechałem do Siostry Marii, prosząc o jakąś wskazówkę. Powiedziała: „Jedź do Głogowa – tam na nowym osiedlu w Kościele Matki Bożej Częstochowskiej Królowej Polski w każdy czwartek po Mszy Świętej wieczornej odbywają się spotkania modlitewne i tam spotkasz Halinę”. W najbliższy czwartek pojechałem do Głogowa, trafiłem na spotkanie modlitewne i poznałem Halinę. W moim sercu nie było euforii, zachwytu, ale pomyślałem: „Trzeba ją poznać lepiej”. I tak od tego spotkania przeważnie raz na tydzień spotykaliśmy się na rekolekcjach, na weselu znajomych, a potem zacząłem odwiedzać ją w domu. Do chwili zaręczyn, 1 lipca, spotkałem ją zaledwie osiem razy. Bardzo intensywnie przez spowiednika i kapłanów szukałem odpowiedzi, czy ta dziewczyna dana mi jest od Boga, a On w prostych zdarzeniach i okolicznościach przekonywał mnie, że mogę Mu zaufać. Zaufałem Bogu i 5 sierpnia na pieszej pielgrzymce z Głogowa do Częstochowy zawarliśmy związek małżeński.

W 1994 roku w lipcu już z trójką dzieci przyjechaliśmy do Żar na rekolekcje. Pamiętam z nich modlitwę wstawienniczą u Siostry Marii. Mówiłem jej, że nie mam już siły, ale wiedziałem, że muszę iść dalej i pójdę. Nie wiedziałem jak. Siostra Maria powiedziała: ,,Musi być więcej Boga w Twoim życiu, już w porannej modlitwie…”.

W 1994 roku jesienią Siostra Maria na modlitwie wstawienniczej nad moją żoną miała obraz pociągu, który przyjeżdża do Żar-Kunic. Ten obraz dał mi wewnętrzne, mocne przekonanie, że nie pochodzi od człowieka, ale od Boga. Zrozumiałem, że Bóg chce nam błogosławić w Kunicach. Podjąłem wtedy starania o kupno działki pod budowę domu, choć nie mieliśmy żadnych oszczędności. Dzięki Opatrzności Bożej w 2002 roku wprowadziliśmy się do naszego domu, który jest położony 200 metrów od Domu Rekolekcyjnego – powstałego z inicjatywy Marii Jurczyńskiej.

W pamięci utkwiły mi wyraźnie dwa moje ostatnie spotkania z Siostrą Marią. Pierwsze miało miejsce zimą 1995-1996 roku. Przyjechałem wtedy z całą rodziną, prosząc o modlitwę za nas wszystkich, a później, może dwa miesiące przed jej śmiercią, przyjechałem do niej sam. Chociaż była ciężko chora, unieruchomiona w łóżku w pozycji siedzącej, z pokrytymi ranami nogami opartymi na krześle, nie dała poznać, że cierpi. Żyła pełnią życia, pełna pokoju, zaufania, z pogodną twarzą. Chociaż zbliżała się do niej śmierć, ja w ogóle tego nie czułem, w ogóle nie spodziewałem się, że przyjdzie. Było tak, bo Siostra Maria do końca była zajęta posługą dla innych. Nie miała czasu myśleć o sobie. Dla niej życie było posługą bliźnim i uwielbieniem Boga. Dlatego uważam, że przeszła do życia w niebie, gdzie nadal uwielbia Boga i wstawia się za nami.