Edmund Złotek


Ze spojrzeniem pokerzysty

Do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym w Żarach trafiłem 11 listopada 1994 roku, a Siostrę Marię pierwszy raz zobaczyłem 11 sierpnia, we wspomnienie św. Klary, w następnym roku. Zanotowałem wtedy w swoim dzienniku: „Spotkanie męskiej grupy dzielenia z księdzem Zbigniewem u Siostry Marii. Pytanie: czy mam biec w maratonie warszawskim – i księdzu Zbigniewowi, i Siostrze Marii wyszło, że nie”.

Podczas któregoś kolejnego spotkania usłyszałem od niej: ,,Słuchaj, jeżeli chcesz być u nas, musisz zrezygnować z alkoholu”. Wydawało mi się to wtedy nierealne, myślałem, że prędzej będzie III wojna światowa, aniżeli ja, z dziada pradziada człowiek trunkowy, zostawię alkohol. Nie znałem jeszcze możliwości Pana Boga. 13 października 1995 roku zapisałem: „50 lat temu zostałem ochrzczony. Spotkanie u Siostry Marii. Przyszedłem 30 minut za wcześnie i sięgnąłem po leżący na szafce «List» z listopada ubiegłego roku i czytam: Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask (Łk 21,34)”. Chyba wtedy Siostra Maria wiedząc, że alkohol jest obecny w mojej rodzinie od dawien dawna, użyła argumentu, który mi bardzo pomógł. Powiedziała: „Mógłbyś dla Pana Boga zrezygnować z alkoholu. Byłoby to zadośćuczynienie za całe zło, jakie on przyniósł i przynosi nadal w twojej rodzinie”. To, że wtedy biegałem jeszcze w maratonach, pozwoliło mi – nie bez lęku, ale „z twarzą” wobec kumpli – z Bożą pomocą zostawić alkohol i trunkowe towarzystwo. Ostatecznie oddałem moją słabość do alkoholu Matce Bożej dwa miesiące po odejściu do Pana Siostry Marii. W tym, jak się to wszystko odbyło, widziałem pomoc Bożą za wstawiennictwem Siostry Marii.

25 stycznia 1996 roku zapisałem w dzienniku: „Z Bożego przyzwolenia – prawie dwugodzinna rozmowa z Siostrą Marią, później spotkanie i Msza Święta (chwała Ci, Panie, za nią!)”. Ostatnie zdanie zapisane w nawiasie mówi o tym, czym była dla mnie, syna marnotrawnego, ta Eucharystia – przedsionkiem nieba.

Podczas któregoś z pierwszych spotkań Siostra Maria zaskoczyła mnie pytaniem, które okazało się strzałem w dziesiątkę: „Czy umiesz przepraszać swoją żonę?”. Szczerze odrzekłem, że nie. „A to nie mamy o czym rozmawiać!” – padła jej odpowiedź, która mnie „załatwiła”. Ile ja się musiałem potem nagimnastykować, ile razy nagiąć swoje „ja”, przyciosać mój zakapiorski z dziada pradziada charakter, żeby na którymś spotkaniu móc z radością ogłosić, że umiem już przepraszać swoją żonę. Nawiasem mówiąc, do tej pory mam z tym problem.

Któregoś razu, podczas dzielenia się tym, jak przeżyliśmy miniony tydzień seminarium Nowego Życia, opowiedziałem o trudniejszym zdarzeniu, które mnie spotkało. Siostra Maria spojrzała na księdza Zbigniewa i powiedziała jedno słowo: „egzorcyzm”. Poproszono mnie, abym ukląkł i modlono się nade mną dosyć długo. Na koniec ktoś otworzył Pismo Święte i przeczytał fragment, po którym wszyscy byli radośni i gratulowali mi, a ja nie wiedziałem, o co chodzi, nie pamiętam nawet tego fragmentu. Z tego wydarzenia zapamiętałem najbardziej oczy Siostry Marii. Były bardzo radosne, a jednocześnie mówiły, że ona coś wie, czego ja na szczęście nie wiedziałem. Kiedy później wracałem pamięcią do wyglądu tych jej oczu, przychodziło mi do głowy porównanie do wzroku karciarza, który ma „oczko” albo „karetę” czy „pokera” (w przeszłości grywałem w karty na pieniądze i wiem, że rzadko który karciarz potrafi coś ukryć). I tak właśnie patrzyła na mnie wtedy Siostra Maria, jej oczy mówiły: „Mamy cię, chłopcze, jesteś nasz!”.

Kiedy Siostra Maria umarła, poczułem się osierocony. Ja, syn marnotrawny, po trzydziestu latach włóczęgi po drogach śmierci czułem się, jakbym już dostąpił nieba, uczestnicząc w Mszach Świętych w jej pokoju (nie wstawała z łóżka od prawie czterech lat). Wiązałem z nią wielkie nadzieje. W dniu jej odejścia do Pana stwierdziłem, że teraz rozumiem apostołów, kiedy zostali bez swojego Mistrza i Nauczyciela. Wiedziałem, że Pan Jezus na nią czekał, ale było mi smutno.

Dzięki łasce modlitwy Siostry Marii Bóg mnie odzyskał, przywrócił mi życie i wolność. Dzisiaj wiem, co to znaczy, że Bóg powołuje jednych, żeby dosięgnąć innych. Teraz i ja, na miarę swoich możliwości służąc modlitwą wstawienniczą, spłacam dług. Jednocześnie jestem szczęśliwy, że mogę być Bożym narzędziem i z ratowanego stałem się ratującym. Chwała Panu Bogu za tę wielką łaskę!