Cezary Sękalski – Moje spotkania z Siostrą Marią


Moje spotkania z Siostrą Marią

Marię Jurczyńską po raz pierwszy spotkałem najprawdopodobniej w 1989 roku. Miałem wtedy ok. 22 lat i byłem niejako na rozdrożu w poszukiwaniu swojego miejsca w życiu. Od trzech lat byłem związany z Odnową w Duchu Świętym, rok wcześniej ukończyłem Policealne Studium Plastyczne w Kielcach i wraz z grupą przyjaciół przymierzaliśmy się do zakładania katolickiego ośrodka pomocy dla narkomanów. Nasza wizyta u Marii związana była z jednej strony z chęcią poznania bardzo znanej i cenionej w środowisku Odnowy osoby, z drugiej zaś z potrzebą pomocy z jej strony w rozeznaniu naszych pomysłów i pragnień. Wtedy po raz pierwszy trafiłem do Żar na ulicę Średnią 10.

Duchowa gościnność

Maria poruszała się wtedy o lasce i było w tym coś niezwykłego, że grupa młodych ludzi odwiedza starszą kobietę, aby porozmawiać o swoich najważniejszych życiowych poszukiwaniach. W jej zachowaniu już od progu wyczuwało się specjalny rodzaj duchowej gościnności oraz to, że zawsze miała czas, aby wysłuchać ludzi, którzy ją odwiedzali. Zwyczajowo zwracaliśmy się do niej Siostro Mario, co też w jakiś sposób przełamywało naturalny dystans i sprawiało, że łatwiej było się przed nią otwierać.

O ile dobrze pamiętam, pierwszy raz dotarliśmy tam w czwórkę. Maria najpierw wysłuchała nas razem, a następnie chciała porozmawiać z każdym z nas z osobna. Mimo że nie podzielała entuzjazmu co do naszych pomysłów, musiała wzbudzić moje wielkie zaufanie, gdyż od tego pierwszego spotkania chciałem do niej powracać. Po kilku miesiącach okazało się, że nasze pomysły pomocy narkomanom miały raczej charakter młodzieńczych mrzonek, a nie jakiejś Bożej myśli, a pewne intuicje Marii, z którymi nie od razu i nie wszyscy chcieliśmy się zgodzić, były niezwykle trafne. Im mocniej czas demaskował nasze iluzje, tym większe znajdowałem potwierdzenie w argumentach Marii przemawiających za tym, że muszę poszukiwać własnej drogi.

W rozmowach z nią ważne było dla mnie to, że Siostra nigdy nie narzucała swojego zdania. Wyrażała je w sposób otwarty, nieraz bardzo stanowczy, ale wolności swojego rozmówcy pozostawiała to, czy pójdzie zaproponowaną drogą, czy też nie. Co ważne, od decyzji danej osoby nie uzależniała swojego dalszego z nią kontaktu. Cecha ta sprawiała, że w żadnym wypadku nie można jej było postawić w rzędzie jakichś domorosłych guru, którzy manipulują ludźmi i chcą ich skłaniać do różnych decyzji, uciekając się nieraz do emocjonalnego szantażu.

Spotkania z Marią były dla mnie na tyle inspirujące, że kiedy we wrześniu 1989 roku zdałem na studia teologiczne do Gorzowa Wielkopolskiego i początkowo zamieszkałem w Zielonej Górze, przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie przeprowadzić się do Żar, aby wejść w jakiś rodzaj stałej formacji pod jej kierunkiem. Przeczuwałem bowiem, że ma ona do zaoferowania bardzo dużo, a przede wszystkim dzięki niej będę mógł oprzeć moje poszukiwania na mocnej podstawie solidnej duchowości. Miałem poczucie, że formacja w Odnowie, choć bardzo cenna na etapie inicjacji chrześcijańskiej i rozbudzania wiary, nie posiadała jednak odpowiednich narzędzi do dalszej gruntownej formacji, stąd podświadomie poszukiwałem jakiejś bardziej kompletnej i całościowej duchowości. Czułem, że Maria mogłaby mi w tych poszukiwaniach pomóc.

Jednak życiowe realia – przez które Bóg często przemawia wyraźniej niż poprzez jakieś subtelne osobiste intuicje – poprowadziły mnie w innym kierunku. Od stycznia 1990 roku zamieszkałem w Gorzowie i tam zaangażowałem się w Odnowę w Duchu Świętym, początkowo na uczelni, później przy parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Chodkiewicza, wreszcie we wspólnocie „Effatha” przy Białym Kościółku u kapucynów. Nie zerwałem jednak całkowicie kontaktu z Siostrą Marią i kilkakrotnie jeszcze pojawiałem się u niej w Żarach.

Troska o środowisko Odnowy

Kolejny raz było to na początku marca 1991 roku. Siostra Maria przywitała mnie jak swojego dobrego znajomego. Odtąd czułem, że jestem dla niej kimś szczególnym, a nawet wyjątkowym. Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że bardzo wiele osób czuło się przy niej podobnie jak ja: wyróżnionymi. Jest w tym jakaś niezwykła tajemnica jej otwartego serca, które było w stanie pomieścić tylu ludzi do tego stopnia, że każdy z nich mógł w jej obecności poczuć się otaczanym specjalnymi względami. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to paradoksalnie, bo jeśli wszyscy są wyróżnieni, nikt wyróżnienia nie dostępuje, ale w przypadku Siostry Marii sprzeczności nie było. Myślę, że wynika to z umiejętności – danej dzięki specjalnemu charyzmatowi kierownictwa duchowego – kochania ludzi miłością Bożą, która choć kocha wszystkich, to jednocześnie miłuje każdego indywidualnie z uwzględnieniem jego osobistych cech. Intuicję tę potwierdza też proroctwo, jakie otrzymała na temat sensu modlitwy wstawienniczej.

Prawdopodobnie podczas tego spotkania wspomniałem jej, że wkrótce wybieram się do Domu Rekolekcyjnego Księży Jezuitów w Czechowicach-Dziedzicach na pierwszy tydzień Ćwiczeń duchowych św. Ignacego Loyoli, które odtąd miały stać się dla mnie kolejną po Odnowie ważną drogą formacji duchowej. Maria wspomniała natomiast, że sama przeszła całe rekolekcje ignacjańskie, które stanowiły dla niej bardzo dobrą formację. Jednocześnie zapytała mnie i kolegę, z którym przybyłem, czy wybieramy się na najbliższe weekendowe rekolekcje Odnowy w Duchu Świętym do Rokitna. Odpowiedzieliśmy, że raczej nie, na co ona stanowczo rzuciła: – Co to będzie, kiedy charyzmatycy przestaną jeździć na rekolekcje Odnowy! Powiedziała to w taki sposób, że w jednej chwili zmieniliśmy zdanie i mimo początkowego braku ochoty, pojechaliśmy jednak do Rokitna.

W Odnowie mówi się czasami: „ja tego nie czuję”, kiedy trzeba zrobić coś, na co z jakichś względów nie ma się ochoty. Reakcja Marii była dla nas ważną lekcją, że decyzji duchowych nie można podejmować tylko w oparciu o własne odruchowe odczucia (chcenie czy niechcenie), ale należy poszerzyć rozeznanie o szerszy kontekst większego dobra. Zrozumiałem, że zachęta Marii do udziału w rekolekcjach była wołaniem o nasze większe zaangażowanie w budowanie środowiska Odnowy. Siostra wiedziała, że jego siła w dużej mierze będzie zależeć od gotowości do ofiarnej służby ludzi do niego należących, którzy bez oglądania się na swoje chwilowe odczucia przyjmą nadchodzące wyzwania. Taką ważną lekcję wyniosłem z tego drobnego – wydawałoby się – epizodu.

Apoftegmaty Siostry Marii

Maria lubiła opowiadać o swoich duchowych rozmowach z innymi ludźmi. Nigdy nie zdradzała przy tym czyichś duchowych tajemnic, ale wykorzystywała takie elementy z rozmów, które miały charakter formacyjny i mogły się przydać słuchaczom.

Raz opowiadała mi o młodym chłopaku, którego ktoś do niej przyprowadził, aby włączyła go w swoją grupę uczestniczącą w seminarium Odnowy. Maria wyraziła zgodę, ale pod warunkiem, że chłopak… wypierze skarpetki wszystkim swoim domownikom. Po kilku dniach młodzieniec wrócił, aby obwieścić jej swoje pierwsze duchowe zwycięstwo i opowiedzieć o tym, jaki szok w rodzinie wywołało jego nowe zachowanie.

Innym razem opowiadała o kobiecie, która była silnie skonfliktowana z matką. Tej z kolei poradziła, aby mimo awersji pocałowała w policzek swoją rodzicielkę. Kiedy kobieta przymierzyła się do wypełnienia tej rady, dostała w twarz, bo matka zadziałała odruchowo, nie mogąc zrozumieć zaskakującego zachowania córki. Potem była tak zakłopotana swoim odruchem, że pomogło to w szukaniu dróg wzajemnego pojednania.

Wreszcie innym razem do Marii trafiły dwie kobiety z Koła Żywego Różańca, które poprosiły ją o – jak to wyraziły – „zapisanie ich do Odnowy”. Siostra poddała je swoistemu egzaminowi i spytała, o co chodzi w tajemnicy Nawiedzenia Świętej Elżbiety. Kobiety nie bardzo wiedziały, co odpowiedzieć, a jedna z nich zaczęła nawet wykręcać się od odpowiedzi… bólem głowy. Maria skonkludowała: – Jak mam was przyjąć do Odnowy, kiedy wy nie rozumiecie, o co chodzi w ruchu, w którym jesteście…?! Najpierw przyłóżcie się do tego, co jest ważne w waszym ruchu, a dopiero potem możecie myśleć o Odnowie!

Niektórzy mieli Marii za złe takie opowieści i uważali, że za dużo mówi o sobie i swoich spotkaniach z ludźmi. Moim zdaniem nie wynikało to jednak z jakiejś jej wybujałej autokreacji, ale z głębokiej chęci nieustannej pracy formacyjnej, a tego typu historie często inspirowały słuchaczy do refleksji nad ich własnym życiem duchowym i jego mizerią. Zresztą, kiedy teraz wspominam tamte anegdoty, przywodzą mi one na myśl tzw. apoftegmaty, czyli opowieści ojców pustyni, które miały bardzo podobną konstrukcję. Zwykle stanowiły opis przybycia początkującego adepta chrześcijaństwa po duchową poradę do jakiegoś słynnego i doświadczonego duchowo abby, a ten jakimś celnym sformułowaniem albo nakazem wybijał go z jego duchowego marazmu albo z utrwalonych kolein rutyny, które bardziej wiodą do stagnacji i wygody, niż na jakieś duchowe szczyty. Różnica polegała tylko na tym, że tego typu rad nie udzielał jakiś ascetyczny pustelnik z siwą brodą z Kapadocji z IV wieku, tylko współcześnie żyjąca, starsza kobieta z Żar, która podpierając się na laseczce, dreptała między kuchnią i pokojem, a wśród tej prozaiczności niesamowicie brzmiały jej nauki o słuchaniu Ducha Świętego i szukaniu woli Bożej w codzienności.

Dom w Kunicach

Moja następna wizyta u Marii miała miejsce 13 stycznia 1992 roku. Kilka dni wcześniej po raz pierwszy usłyszałem o projekcie założenia przez Marię charyzmatycznej wspólnoty życia, która miałaby prowadzić działalność apostolską i formacyjną w nowo utworzonym domu rekolekcyjnym. Taka informacja zelektryzowała mnie do tego stopnia, że po wykładach wybraliśmy się z kolegą do Żar. Wtedy po raz pierwszy byłem w Kunicach i oglądałem starą szkołę, która wkrótce miała zostać przekazana diecezji i przeznaczona na dom rekolekcyjny.

Do środka – czego się nie pochwala – weszliśmy przez otwarte okno i mogliśmy zwiedzać puste sale lekcyjne, które z czasem miały napełnić się nowym życiem. Zaczęliśmy wyobrażać sobie, jak to będzie, kiedy do tego domu zaczną przybywać uczestnicy rekolekcji i jaka wspólnota będzie ich tu przyjmować. Jednocześnie z niepokojem patrzyliśmy na ślady rozmontowywania i wywożenia starych pieców kaflowych przez domniemanych szabrowników. Było widać, że budynek pilnie wymagał opieki nowego gospodarza.

Po tej „wizji lokalnej” pojechaliśmy wprost do Marii, a ona opowiadała nam o tym, jak zrodziła się myśl o kongregacji i jak sama dopracowywała jej formacyjne założenia. Wspominała m.in. o nowatorskich trzech ślubach: wiary, nadziei i miłości, które mieliby składać członkowie wspólnoty. Mówiła o swych wyobrażeniach na temat reguły. Na koniec poprosiła, abym po powrocie do Gorzowa udał się do biskupa ordynariusza Józefa Michalika z pytaniem, kiedy oficjalnie będzie można otrzymać klucze do szkoły i zacząć przy niej prace. Dodawała przy tym, że im szybciej, tym lepiej, bo kiedy przyjdzie wiosna, ludzie we wspólnocie będą mieli więcej pracy w swoich ogródkach i trudniej będzie ich zachęcić do podjęcia pierwszych prac porządkowych przy szkole. W tych słowach widać było jej wybitny zmysł praktyczny oraz to, że mistycyzm wcale nie oznacza bujania w obłokach, ale twarde chodzenie po ziemi.

Seminarium u Siostry Marii

Następnym razem w Żarach pojawiłem się dwa miesiące później, we wtorek 17 marca. Tego dnia miało miejsce spotkanie grupy uczestniczącej w seminarium Odnowy w Duchu Świętym prowadzonym przez Siostrę Marię. Z uwagi na to, że poruszała się wtedy już o kulach i praktycznie nie wychodziła z domu, spotkania nie odbywały się gdzieś przy kościele, ale w jej mieszkaniu. W niewielkim pokoju rozsiadło się kilkanaście osób w różnym wieku. Starsi siedzieli na krzesłach, fotelu albo wersalce, natomiast młodzi siadali wprost na podłodze, gdzie kto mógł.

Maria prowadziła seminarium w sposób nieco odmienny, niż miało to miejsce w wielu innych wspólnotach charyzmatycznych. Tam zwykle taka formacja trwała siedem tygodni i zawierała cotygodniową tematyczną konferencję, rozdzielenie biblijnych cytatów do rozważania na każdy dzień, a także dzielenie w grupach pod kierunkiem animatora. Miało ono dotyczyć z jednej strony osobistego odbioru treści konferencji, z drugiej zaś treści biblijnych, które najbardziej przemówiły do uczestników seminarium podczas codziennej medytacji. Dodatkowo w ramach seminariów odbywały się także dwie modlitwy wstawiennicze, z których pierwsza dotyczyła uzdrowienia wewnętrznego (do czego uczestnicy byli przygotowani przez indywidualną rozmowę z animatorem), druga zaś była związana z prośbą o wylanie Ducha Świętego i łaskę otwarcia się na charyzmaty.

U Marii seminarium przebiegało nieco innym trybem. Po pierwsze trwało dłużej, bo Siostra objaśniała na cotygodniowym spotkaniu osobno każdy cytat biblijny przeznaczony na medytację. W ten sposób to, co zwykle w standardowych seminariach realizowane było w siedem tygodni, u niej trwało tygodni co najmniej czterdzieści dziewięć.

Drugim elementem wyróżniającym jej seminarium było to, że nie dzieliła uczestników na mniejsze grupy dzielenia. Każdy uczestnik seminarium prowadził osobisty dziennik, w którym opisywał swoje duchowe zmagania, a dzielenie odbywało się na zasadzie publicznego odczytywania swoich zapisków. Podczas konferencji uczestnicy seminarium mieli odkrywać, do jakiej pracy wewnętrznej wzywa ich Bóg, a potem dzielili się z innymi swoimi duchowymi zmaganiami.

Podczas tego spotkania, w którym uczestniczyłem, jedna osoba podzieliła się swoją duchową walką o to, aby przestać się lękać publicznie wyrażać swoją wiarę. Mówiła, że wstydzi się uczynić znak krzyża przed posiłkiem w pracy wobec koleżanek i czuła się źle z powodu tej swojej słabości. Postanowiła więc, że dopóty będzie rezygnować z drugiego śniadania, dopóki nie przezwycięży swojego irracjonalnego lęku. Ktoś inny, ślusarz z zawodu, dzielił się tym, że postanowił zadośćuczynić Bogu za przekleństwa, które wypowiadali jego współpracownicy z warsztatu: chciał za każde rzucone przez nich przekleństwo wypowiadać w duchu jedno „Zdrowaś Mario”. Nie mógł jednak nadążyć z modlitwą, bo padało aż tyle przekleństw. Opowiadał też, że jego koledzy publicznie kpią z jego religijności, ale kiedy mają jakiś osobisty problem, w tajemnicy przed innymi właśnie do niego przychodzą po poradę, bo to on jest według nich najbardziej godny zaufania.

Słuchałem tych opowieści z rosnącym podziwem, bo na własne oczy widziałem, jak Ewangelia jest wcielana w konkretne realia życia. Taka formacja okazywała się niezwykle głęboka i skuteczna. Było widać, że uczestnicy seminarium pod wpływem prowadzącej naprawdę stopniowo zmieniają swoje życie w różnych jego aspektach, a tych, którym praca nad sobą szła nazbyt opornie, Maria nie dopuszczała do modlitwy wstawienniczej o dary Ducha Świętego. Uważała bowiem, że aby taka modlitwa była naprawdę skuteczna i dobrze przeżyta, musi być przygotowany pod nią odpowiedni ascetyczny grunt. Objawem jego braku było według niej m.in. to, że co jakiś czas w różnych wspólnotach Odnowy co rusz wybuchały skandale wokół osób, które mieniły się charyzmatykami, a tak naprawdę dawały się prowadzić nie tyle Duchowi Świętemu, ile swoim egocentrycznym podświadomym namiętnościom. W rezultacie niektórzy uczestnicy seminariów Marii do modlitwy o wylanie Ducha Świętego dochodzili po kilku latach formacji, a niektórzy nie dochodzili do tego punktu wcale.

Maria była bardzo radykalna w kwestii potrzeby nieustannego pogłębiania formacji w Odnowie. Stąd np. otwarcie skrytykowała miesięcznik „List”, kiedy na początku lat 90. XX wieku redakcja zorganizowała na łamach pisma seminarium Odnowy dla czytelników, a modlitwa o wylanie Ducha Świętego miała odbyć się dla wszystkich podczas Czuwania Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej Górze. Uważała bowiem, że grozi to rozwadnianiem formacji, bo według niej nie da się skutecznie odprawić seminarium bez pomocy wspólnoty i grupy dzielenia. Sprzeciwiała się też temu, aby znaczki wyobrażające Ducha Świętego były rozprowadzane wśród osób, które nie przeszły seminarium Odnowy. Wszystko to wynikało z jej wielkiej tęsknoty za prawdziwą formacją prowadzoną przez Odnowę w Duchu Świętym do dojrzałego i radykalnego życia chrześcijańskiego.

Ostatnie spotkanie

Ostatni raz z Siostrą Marią spotkałem się na początku maja 1995 roku. Pracowałem wtedy w Wydawnictwie M w Krakowie i blisko współpracowałem z miesięcznikiem „List”. O ile dobrze pamiętam, moja ówczesna wyprawa w lubuskie związana była z chęcią zebrania materiałów do kilku artykułów i wywiadów. Najpierw byłem w Gorzowie, aby przeprowadzić wywiad z księdzem Eugeniuszem Drzewieckim dla „Zeszytów Odnowy w Duchu Świętym”. Następnie trafiłem do seminarium duchownego w Gościkowie-Paradyżu, gdzie rozmawiałem z ksiedzem Markiem Kidoniem i uczestnikami prowadzonej przez niego grupy ewangelizacyjnej. Wreszcie stamtąd zamierzałem wybrać się do Żar. Z przystanku sprzed seminarium przypadkowo „na stopa” zabrał mnie do Zielonej Góry ówczesny ojciec duchowny seminarium, ksiądz Jerzy Kordiak. Kiedy powiedziałem mu, że chcę zrobić wywiad z Siostrą Marią, bardzo przyklasnął temu pomysłowi, zwłaszcza że – jak wspominał – ze zdrowiem Marii nie jest najlepiej.

Po południu dotarłem na ulicę Średnią. Maria już wtedy nie chodziła. Trwała nieustannie w pozycji półleżącej i choć ciało coraz bardziej odmawiało jej posłuszeństwa, duch i umysł wciąż pozostawały żywe i aktywne. Nadal ciągnęło ku niej wiele osób, aby porozmawiać i poprosić o modlitwę wstawienniczą. Nawet zdziwiła się, że przez kilka godzin nikt nam nie przeszkadzał i mogliśmy swobodnie, bez pośpiechu porozmawiać. Choć na początku wspominałem jej coś o wywiadzie, ona skromnie odpowiedziała, że nie nadaje się na takie elaboraty.
Ja nie naciskałem, bo miałem wrażenie, że nasza rozmowa jest ważniejsza, niż silenie się na jakąś dziennikarską robotę. Podzieliłem się z nią m.in. tym, że mimo iż w Krakowie mieszkałem niemal od dwóch lat, ciągle jeszcze nie czułem się tam wystarczająco zadomowiony. Kwestia mojego bardziej stabilnego zatrudnienia pozostawała ciągle niepewna, nie miałem też w Krakowie jeszcze własnego środowiska, w które mógłbym się w sposób bardziej stały zaangażować. Poprosiłem więc Marię o modlitwę wstawienniczą w mojej intencji. Uklęknąłem przy jej łóżku, a ona modliła się nade mną, kładąc dłoń na mojej głowie. Podczas modlitwy miała wyobrażenie na mój temat: zobaczyła mnie najpierw jak siedzę na walizkach, a następnie jako woźnicę, który powozi coraz większą liczbą koni. Dodała przy tym: „Pan Jezus chce chyba, abyś na razie jednak był takim Bożym włóczęgą…”. Zrozumiałem, że muszę pogodzić się z tym, że poczucie braku stabilizacji będzie mi towarzyszyć jeszcze jakiś czas, jednak nie ma co się tym przejmować, bo najważniejsze, że moje życie zmierza do coraz większej i bardziej odpowiedzialnej służby. Bardzo wziąłem sobie do serca tę jej wizję i słowa. Z jednej strony uwolniła mnie ona od nadmiernych oczekiwań i szukania oparcia w moim bieżącym życiu, z drugiej zaś ukazała, że służba Bogu i ludziom jest najważniejsza, a wszystko inne będzie człowiekowi przydane. I rzeczywiście, wizja Marii spełniła się co do joty: przez kilka następnych lat w moim życiu nadal następowało wiele zewnętrznych zmian, dokonywał się jednak również bardzo intensywny rozwój w wielu moich coraz to nowych zaangażowaniach. Natomiast poczucie stabilizacji przyszło z czasem, niejako spoza mnie samego, jako Boży dar.

Na koniec Maria i mnie poprosiła o modlitwę wstawienniczą nad sobą. Przyjąłem tę jej prośbę z pewnym zażenowaniem, ale i poczuciem jakiejś nobilitacji. Kiedy modliłem się nad nią, miałem wyobrażenie na jej temat: zobaczyłem ją nauczającą, co miało świadczyć o tym, że czeka ją jeszcze służba wśród ludzi. Nie wiedziałem jednak wtedy, że potrwa zaledwie około dziesięciu miesięcy, choć będzie prowadzona nawet w szpitalu na łożu śmierci.

Wtedy widziałem ją po raz ostatni. Nie znaczy to jednak, że całkowicie straciłem kontakt z jej dziełem i ludźmi, którzy byli jej uczniami czy też wychowankami.

Zamiast epilogu

W 1998 roku, kiedy pracowałem w miesięczniku „List”, znowu trafiłem do Żar. Tym razem, aby zebrać materiały do artykułu o Siostrze Marii. Zawitałem do mieszkania księdza Zbigniewa Tartaka przy nowo utworzonej parafii w Żarach. Mogłem przejrzeć wtedy maszynopis książki Siostry Marii o modlitwie wstawienniczej, przygotowywanej w łódzkim ośrodku Odnowy w Duchu Świętym. Prowadziłem też rozmowy z ludźmi uformowanym przez Marię i byłem świadkiem kontynuacji jej pracy formacyjnej przez księdza Zbigniewa. Na cztery dni zamieszkałem też w ciągle remontowanym domu rekolekcyjnym w Kunicach i odbyłem tam swoiste rekolekcje, podczas których mogłem kontemplować pisma i ducha dzieła, które Maria zostawiła po sobie. Tak powstawał artykuł: Charyzmatyczka Maria z Żar, który został opublikowany w 6. numerze „Listu” w 1998 roku.

Potem gościłem w Żarach jeszcze dwukrotnie, aby włączyć się w ewangelizację na „Przystanku Woodstock”. Za pierwszym razem organizował ją ksiądz Aleksander Werstler. W tym czasie współpracowałem z telewizyjną Redakcją Programów Katolickich w Warszawie przy produkcji programu „Słowo na niedzielę” i jeden z odcinków nagraliśmy z księdzem Zbigniewem Tartakiem przed domem przy ulicy Średniej 10. Ksiądz Zbigniew w swoim wystąpieniu przed kamerą wspominał Siostrę Marię w kontekście ewangelizacji podejmowanej przez osoby świeckie. Była to moja próba spłacenia długu wdzięczności za wszystko, co otrzymałem od Siostry Marii.