Anna Maria Kusz (z d. Jurczyńska) – Maria Jurczyńska, moja mama Maluję obraz mojego dzieciństwa…


Stary, poniemiecki dom dwurodzinny z ok. 1920 roku i koniec ulicy. Dalej tylko ścieżka prowadząca w pola, na łąki i gruzy przedwojennej fabryki mebli ze sterczącym kominem z żółtej cegły – to plac naszych zabaw i nie tylko…

Przed domem od ulicy – ogródek z kwiatami, a podwórko za domem. Była też ławka –miejsce spotkań, odpoczynku; służyła również do wieczornych śpiewów. Był stół –rozkładany, bo gdy dzieciaki z sąsiedztwa kręciły się w pobliżu, wtedy na wielkich tacach przynoszono kanapki, aby każdy najadł się do syta, bo bieda była wokoło, pijaństwo ojców, płacz matek i głodne, niedożywione dzieci. Na studni rozkładało się wanienki, miski i tarkę (ówczesną pralkę), woda była pod ręką i tak praliśmy. Lubiłam, gdy pranie kołysało się na słońcu i pachniało wiatrem. Dalej był ogród i sad (dwa w jednym), grządki pełne warzyw, które wymagały okopywania, plewienia i podlewania. Na rozłożystych gałęziach jabłoni zapisywałam kartki pamiętnika i rozmawiałam z lalką. Tato wracający z biura „odpoczywał”, pracując w ogrodzie. Stały tam też ule z pszczołami.

Z boku był duży budynek gospodarczy, w skład którego wchodziła pralnia, dalej obora z krową (naszą karmicielką) i dwoma świnkami, dzięki czemu mieliśmy swój smalec, słoninę i słoje pełne mięsnych przetworów (zawsze coś do chleba). Dalej znajdowało się pomieszczenie na siano, warsztat podręczny i dwie murowane ubikacje z „naturalną wentylacją”. Obok zagroda z kurami. No i koniecznie pies Hultaj – ważny, bo drugi po gospodarzu – szczekał głośno i pilnował wszystkiego. Był bardzo gościnny, bo jadał z jednej miski z kurami i pozwalał im nieść jajka w swojej budzie. Potem dołączył Ciapek – tak razem do starości urzędowali, zgodnie szczekając na listonosza.

Za płotem koło domu, a także ok. trzech kilometrów dalej, pod lasem, były łąki i pola. W wakacje maszerowaliśmy z babcią na pole z haczkami w rękach, z grabiami, a tato miał kosę na ramieniu, którą potem kosił łąkę i zboże. Było sadzenie kartofli, potem „hakanie”, obracanie siana i grabienie. Często chodziliśmy do lasu na jagody, maliny, poziomki, jeżyny i grzyby – to wszystko było zaprawiane do słoików na zimę.

Jako najmłodsza z rodzeństwa nie zawsze szłam w pole, najczęściej pasłam krowę na łące koło domu. Bardzo lubiłam to zajęcie. Krówka się pasła, a ja na kocu czytałam książki, pisałam wiersze; zawsze były koleżanki i chłopaki z sąsiedztwa. Graliśmy w kości, w Piotrusia, w wojnę, muzykowaliśmy, mając do dyspozycji harmonijkę, fujarkę, potem jeszcze gitarę. Takie były te nasze zabawy i rozrywki.

Wieczorami na podwórku było cudownie – na ławce siadali dorośli i młodzi. Śpiewano przy akompaniamencie pianina, przy otwartych oknach (niektórzy siadali na parapetach), a ja w pokoju wygrywałam ówczesne przeboje.

W naszym domu…

W domu było dziesięć pokoi, kuchnia, łazienka i duży korytarz, osiemnaście okien do mycia i firanek do prania, krochmalenia, a ileż podłóg do szorowania ryżową szczotką. Poza tym trzepanie dywanów, chodników, zamiatanie podwórka.

Wszędobylska babcia Marysia (cudem uratowana od Sybiru z dwójką małych synów – moim tatą i jego bratem Cześkiem – oficerem, który później zginął w Katyniu) miała oczy otwarte na wszystko – szefowa kuchni, ścierką zapędzała nas do obowiązków, ale za to dobrze karmiła i uczyła gotować.

Gdy zbliżały się święta, już miesiąc wcześniej mama, babcia i my, cztery dziewczyny, wypiekałyśmy różne ciasteczka, składałyśmy je w duże pudła, aby potem wielu innych mogło skorzystać z tych naszych świątecznych słodkości. Taki to był zwykły, normalny, trzypokoleniowy dom rodzinny.

Oprócz zwyczajnych obowiązków był sport i życie kulturalno-artystyczne. Graliśmy na ulicy (nie było bruku) w dwa ognie, zbijanego, siatkówkę, palanta. Dziewczyny grały w klasy, chłopaki na drążku wyrabiali swoje muskuły.

A do domu schodzili się nauczyciele, profesorowie z żarskich szkół i duchowni. Tato był założycielem (w 1946 roku) i zastępcą dyrektora budowlanki. Do mamy należał kulturalno-artystyczny wymiar domu. Kruche zdrowie naszej mamy (wyniszczała ją choroba tarczycy, którą wielokrotnie operowała) sprawiało, że fizycznie nie mogła pracować, lecz dawała lekcje gry na pianinie (miała ukończone przedwojenne konserwatorium muzyczne). Ja, kilkuletnia Marysia, uparta jak osioł, nie dałam się uczyć, lecz kiedy w salonie nie było już nikogo, siadałam do pianina i wygrywałam ze słuchu zapamiętane melodie. Kiedy mama źle się czuła, to ja, taka mała, smarkata, z jej uczniami (choć byli o dziesięć lat ode mnie starsi) ćwiczyłam wprawki i inne melodie.

Trzeba tu wspomnieć niemiecką rodzinę, która miała opuścić swój dom, bo rodzice właśnie otrzymali dokumenty uprawniające do zamieszkania w nim, gdy transportem ze Wschodu dotarli do Żar. Okazało się, że żona Niemca jest w zaawansowanej ciąży, tak jak moja mama. Po ludzku, zwyczajnie zawiązały się więc między nimi dobre stosunki, a kolejne po sobie porody odbierała moja babcia Wanda, gdyż była czynną akuszerką. Ci Niemcy długo jeszcze pozostali w naszym już domu. Z wdzięczności zostawili umeblowanie: pianino, sprzęty – antyki, dywany, porcelanę i kryształy. To było jak prezent od Pana Boga, bo rodzice, uciekając od Ukraińców, zostawili cały swój majątek, biorąc z dwójką małych dzieci i dwiema babciami (dziadków już nie było) do bydlęcych wagonów tylko pierzynę i parę tobołków. Była też z nimi ciocia Zosia z mężem Mietkiem i córką Mirką.

Nasz dom był pełen ludzi i częstych gości, stół stał pięknie nakryty, wszystko podawano z gracją. Wieczory rozbrzmiewały śpiewem i muzyką – mama i ja dawałyśmy koncerty na pianinie. Przychodzący goście omawiali sprawy nauczania, wychowywania dzieci, młodzieży, szkolnictwa, sprawy Ojczyzny i ludzi zagubionych, niosących swe rany duchowe i moralne po niedawno zakończonej wojnie. Były to trudne czasy, więc wiele spraw ukrywano przed nami, dziećmi.

W naszym domu wciąż czasowo przebywali różni młodzi ludzie, którzy rozpoczynali swoją naukę w budowlance, bo internaty dopiero się tworzyły. Byli samotni, szukali swych rodzin zagubionych podczas wojny. Jedną z nich była Józia, moja chrzestna matka, a drugą – jej koleżanka Genia. One mieszkały u nas bardzo długo. Józia była pielęgniarką, a Genia działaczką w ZHP.

Nasza podstawówka znajdowała się blisko, 5 minut drogi od domu. Niezapomniana była rodzina Poków, wspaniałych nauczycieli i patriotów (Anna Pok wydała książkę Polesia czar). Religii uczono w szkole jeszcze w drugiej klasie szkoły podstawowej, potem już tylko w salkach katechetycznych w domu mieszkalnym na Młynarskiej. Rodzice trochę uczyli tam, lecz większość w naszym domu.

Czas komunizmu

Pamiętam te przedziwne sytuacje (jako małe dziecko, bo w sercu i w głowie normalnego człowieka trudno to było pomieścić, zrozumieć), kiedy z uczciwego człowieka, wielkiego patrioty, żołnierza z krzyżami zasługi robiono „przestępcę”. Tata był zastraszany, wzywany często do tzw. „Białego Domu”. Komuniści starali się go złamać, ale był zbyt uczciwy, mądry i mocno stał na ziemi, przede wszystkim dlatego, że miał mocny, chrześcijański kręgosłup, na którym potrafił nieść krzyż prześladowań za wiarę i Ojczyznę. W rezultacie zdjęto go ze stanowiska zastępcy dyrektora szkoły, bo nie ugiął się i nie zapisał do PZPR, lecz z uczniami chodził do kościoła, a w domu przyjmował księży.

Po paru latach poproszono, by tato na nowo podjął się chociaż wykładania przedmiotów technicznych, bo nikt nie mógł takiego nauczyciela zastąpić. Był jedynym wykładowcą z geodezji, miernictwa i statyki budowli, więc nowa dyrekcja szkoły prosiła, by wrócił. Zgodził się na kilka godzin tygodniowo, ale nie zostawił swojej nowej stałej pracy na kolei. Był kierownikiem Wydziału Dróg i Mostów i Nawierzchni Kolejowych przy Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Poznaniu – oddział w Żarach.

Nie pamiętam, jakie szkoły ukończył tato przed wojną, a wiele dokumentów zaginęło w czasie wojny. Na pewno miał wykształcenie techniczne związane z budową nawierzchni i mostów. Ten zawód ratował go przed rozstrzelaniem w czasie wojny, bo okupanci potrzebowali go do fachowego prowadzenia robót, gdy partyzanci wysadzali mosty i tory kolejowe. Potem jeździł do stolicy i zrobił także studia ekonomiczne.

Pensja taty, jako jedyna w naszym domu, musiała starczyć na dziesięcioosobową rodzinę i te różne przybrane dzieci. Mama nazywała je swoimi dziećmi, bo duchowo je adoptowała i jak własne przyjmowała do domu, ubierała i karmiła. Ja nigdy nie odczuwałam różnicy między nami, rodzonymi dziećmi, a innymi, które u nas przebywały i mieszkały. Wszyscy traktowaliśmy się z szacunkiem, byliśmy jedną rodziną – jak swoi.

Pamiętam mieszkające w pobliżu kobiety (już świętej pamięci), które były bardzo zagubione moralnie i często spotykały się z mamą na rozmowie. W rezultacie systematycznie je wspomagając, pouczając (prowadzona łaską Bożą), pomogła im powrócić w ramiona kochającego Boga. Ich życie całkowicie się odmieniło. Kiedy jako mężatka spotykałam te panie, opowiadały mi ze łzami szczęścia w oczach o tym, jak moja mama przyjęła je pod swe macierzyńskie duchowe skrzydła. Jedna z nich chciała złożyć nawet świadectwo swego nawrócenia, a ja nie miałam ani sprzętu do nagrania, ani czasu dla niej, czego teraz bardzo żałuję (odeszła parę lat temu, a rok po niej umarła jej koleżanka).

Pamiętam też nagłą sytuację z początku lat 70. XX wieku.Rano przed drzwiami naszego domu stanęła pobita kobieta, obok mały synek i dwie córki (starsza była maturzystką). Kobieta uciekła z dziećmi w nocy od męża, alkoholika i sadysty. Od razu nasz dom stał się ich domem na kilka lat. Tak się u nas żyło.

Religia w naszym domu

Jedyny kościół w Żarach znajdował się wtedy w odległości około trzech kilometrów od naszego domu. Nikomu to nie przeszkadzało. Mama z babcią Wandą co dzień raniutko biegały na Mszę Świętą. Niedzielna czy świąteczna Eucharystia były oczywiste. We wtorki o godz. 16.00 ksiądz organizował dla dzieci i młodzieży tzw. godziny duszpasterskie, potem uczył nowszych pieśni kościelnych i zostawało się na Mszy Świętej. Kochałam śpiewane nabożeństwa majowe i czerwcowe. Biegaliśmy na nie całą grupką dzieciaków z sąsiedztwa w towarzystwie jednego z rodziców. Wtedy w domu robiłam małe ołtarzyki dla Matki Bożej i ubierałam je polnymi kwiatkami. Byłam dumna, że jako maluch w nocy chodziłam na adoracje w czasie Wielkiego Tygodnia. Takie wyzwanie czyniło mnie „dorosłą” i głęboko to przeżywałam.

W kościele mama odprawiała z nami Drogę Krzyżową i przystawała przy pięknych, dużych, olejnych, ściennych malowidłach, opowiadając każdą stację. W kościele zawsze siedzieliśmy w pierwszej ławce, aby się nie nudzić, tylko rozumieć każdy gest kapłana. Czasem mama szeptała mi do ucha dodatkowe objaśnienia. Znam prawie wszystkie pieśni kościelne, bo zawsze z ochotą śpiewałam. Mama mówiła mi: „Zobacz, jak Pan Jezus się cieszy…”. Sprawianie przyjemności Jezusowi to był standard. Kiedy natomiast coś zbroiłam, to mówiła, że „Pan Jezus teraz płacze przeze mnie albo się mnie wstydzi”. Na Roraty chodziło się rano, przed szkołą, kiedy jeszcze było ciemno, i na czczo, żeby przyjąć Pana Jezusa (przed soborem post eucharystyczny trwał trzy godziny). Dziś widzę, że takie ścisłe reguły uczyły nas szacunku do wiary, bo pokazywały nam, iż takie wymagania mogą dotyczyć tylko wyjątkowych spraw Bożych.

Pozostał mi też obraz taty klęczącego obok biurka w swym pokoju, gdzie wiele razy dziennie modlił się na Różańcu. Tyle spraw miał na głowie i nigdy nie robił nam wstydu. Wszyscy go cenili, do śmierci uczniowie tytułowali go: „Panie profesorze”. Jako inżynier budowlany nadzorował budowy i rozbudowy różnych kościołów w Żarach czy okolicznych wioskach. Najwięcej czasu poświęcał przygotowaniu generalnego remontu głównej kopuły bazyliki w Gostyniu. Pamiętam, jak długie noce spędzał na kreśleniu (po wcześniejszych pomiarach na miejscu) rysunku technicznego tej przepięknej kopuły. Rodzice jeździli tam razem, mama w sprawach duchowych do ojca Jury, tato w sprawach budowlanych. Tam mieli swój stały pokoik na poddaszu (ja też tam bywałam). Wszystko odbywało się za „Bóg zapłać” – to było normalne w domu i w takim duchu wyrosłam.

Tata umarł nagle na rozległy zawał serca w 1986 roku. Zawsze nosił w portfelu obrazek, na którym w Lasku Grąblińskim Maryja ukazała się rannemu żołnierzowi. Po powrocie z pielgrzymki do Lichenia powiedział, że spełniło się marzenie Jego życia. Dodał przy tym: „Jestem tak szczęśliwy i już mogę umrzeć”, a za parę godzin umarł, wspólnie z mamą odmawiając w południe modlitwę „Anioł Pański”. Kiedy wypowiedział słowa „Wieczny odpoczynek…”, skłonił głowę i mama już sama za niego dokończyła modlitwę.

Początki mojego dorosłego życia

Zostałam technikiem budowlanym. Zaczęło się moje dorosłe życie, praca w biurze oraz czas moich planów i wyborów. Chciałam kochać i być kochaną, wyjść za mąż z wielkiej miłości, mieć trójkę dzieci. Wciąż we mnie tkwiło poczucie, że nikt mnie nie rozumie, nie kocha. Ale jak każda dziewczyna marzyłam o wielkiej miłości, chociaż taką szkolną już przeżyłam.

Jako dwudziestoletnia dziewczyna byłam osobą wierzącą, praktykującą. Nie opuszczałam Mszy Świętej w niedzielę, spowiadałam się co miesiąc, a jednak grzeszyłam, czasem mocno, szukając miłości tam, gdzie jej nie było albo była jak bańka mydlana. Kiedy jednak stanęłam przed ważną decyzją, która mogła negatywnie zaważyć na moim życiu, cofnęłam się. Nie wyobrażałam sobie układania swego życia i szczęścia bez Boga, bez spowiedzi i Komunii. Tak pozostałam w domu, z rodzicami, z gorzkim wspomnieniem moich wcześniejszych pomysłów na życie i miłość. Smutno mi było, bo rodzice zamilkli i zostawili mnie z tym wszystkim. Dźwigałam więc wspomnienia, lecz światełko nadziei dodawało mi sił.

Po paru latach spotkałam człowieka, za którego wyszłam za mąż. Moją wiązankę ślubną złożyliśmy na bocznym ołtarzu Matce Bożej Nieustającej Pomocy – oddałam Jej swe zagubione życie i zranione serce, prosząc, by uczyła mnie kochać, abym była dobrą żoną i matką.

W wieku trzydziestu lat miałam już trzech pięknych synów. Żyliśmy z jednej pensji męża. W sklepach prawie nic nie było – żywność i buty sprzedawano na kartki, sytuacja zmuszała do wyboru pomiędzy kupnem czekolady dla dzieci, a kawy lub paczki papierosów dla dorosłych. W tym codziennym kołowrotku nawet nie zauważyłam, od kiedy wokół mojej mamy zaczęło gromadzić się coraz więcej ludzi. Czasem gdzieś wyjeżdżała.

Kiedyś przywiozła ze sobą ojca Józefa Jurczygę, werbistę, misjonarza z Papui Nowej Gwinei, który przebywał w kraju na urlopie. Przygotowałam wtedy dla nich obiad, lecz ojciec Jurczyga zwrócił uwagę na to, że sama nie jem. Powiedziałam mu o bolącym brzuchu. Wtedy położył na mnie ręce i modlił się nade mną, a potem powiedział, że miałam chorą trzustkę i stanowczo kazał mi zjeść z nimi. Zrobiłam to ze strachem, ale ból nie powrócił do dzisiaj. Wtedy zupełnie nic z tego nie rozumiałam. Tato w tamtym czasie prowadził już spotkania modlitewne w tzw. katedrze, a ojciec Jurczyga wyświetlał slajdy ze swojej pracy misjonarskiej.

Do mamy często przyjeżdżał też ksiądz Władysław Kulka i wielu innych kapłanów. Obserwowałam ich, jak swobodnie się czuli, jakby rzeczywiście przyjeżdżali do swojej mamy.

Jakiś czas później na Średnią zaczęły przybywać grupy osób i miały miejsce dziwne spotkania, modlitwy. Przybyłe osoby często siadały na ławce, jakby w kolejce, a czasem nachalnie namawiały mnie, żebym do nich dołączyła. Coraz bardziej denerwowały mnie „te dewotki”. Byłam zła, że się tu zbierają, bo nie mogłam czuć się swobodnie. Potem jednak zaczynałam ich podziwiać, zwłaszcza tych młodych, którzy głodni, zaraz po szkole przyjeżdżali i długo siedzieli u mojej mamy. Zaczęłam obserwować te kobiety, żony, matki, przybyłe z bliska i daleka: z Zielonej Góry, Nowej Soli, z Poznania i dalszych miast, które pomimo swych obowiązków, przyjeżdżały systematycznie na cotygodniowe spotkania. Pojawiali się też mężczyźni, a nawet pary małżeńskie. Wszyscy siedzieli u mamy do późnych godzin nocnych.

Mama często wyjeżdżała na parę dni i wracała wymęczona, niewyspana, ale zawsze zadowolona. Próbowała mi opowiedzieć swoją radość, jakieś cudowne przeżycia, ale do mnie to nie docierało. Widziałam tylko, że pada ze zmęczenia, co mnie złościło. Mama nie zmuszała mnie do słuchania, bo źle na to reagowałam. Milkła więc i dodawała: „Teraz nie ma mnie dla nikogo, idę spać, bo nie spałam od długiego czasu. Boli mnie serce, ciśnienie mam wysokie”. Często brakowało jej tchu i trzeba było długo wachlować ją jakąś gazetą. Nogi miała spuchnięte i sztywne od siedzenia, a kolana zdrętwiałe. Jednak nie pozwalano jej się wyspać i odpocząć, bo czasem, ledwie zamknęła za sobą drzwi, już za kilka minut ktoś przyjeżdżał.

Oszukiwaliśmy nieraz, że nie przyjmuje, żeby pozwolono jej pospać, ale gdy tylko usłyszała, że ktoś czeka, już była na nogach, gotowa, by przyjąć potrzebujących. Nie znała ograniczeń – czy to w dzień, czy nocą. No i jak tu się nie denerwować, jak można było wtedy zrozumieć ludzi, którzy „nie mieli sumienia”, by tak męczyć schorowaną, starszą osobę.

Jak tu zrozumieć mamę, która całe życie była chorowita, wątła i miała słabe serce, wysokie ciśnienie, chorą tarczycę i padała z nóg z przemęczenia, niewyspania; która nie miała siły, by zrobić coś dla siebie. A kiedy zjawiali się jacyś ludzie, to nagle była silna, zdrowa, kwitnąca, gotowa do rozmowy. Czasem zastanawialiśmy się, czy nas nie oszukuje… To było coś dziwnego i trwało całe lata.

Początki mojego nawrócenia

Na początku wakacji 1991 roku przed południem poszłam z dziećmi odwiedzić babcię. Miałam nadzieję, że tym razem nikogo u niej nie będzie, a na podwórku stanęłam jak wryta, bo sprawowano tam Mszę Świętą – było pełno młodych ludzi, młody ksiądz przy ołtarzu, mama na krześle obok. Nie wypadało się wycofać, więc zostałam. To wrażenie pozostało mi do dziś. Kazanie było jakieś inne niż w kościele, bardziej dotykało serca. Modlitwa wiernych, w trakcie której każdy, jak umiał, wypowiadał swoje prośby. Na „Ojcze nasz” wszyscy złapali się za ręce, a potem na znak pokoju ściskali się jak przyjaciele. Nawet mnie uściskano, zaakceptowano, nie pytając, kim jestem! Dawno nie czułam się tak przyjęta. A do tego wszystkiego piękne śpiewy, gitara, co rozweseliło moją duszę. Jakież to było piękne! Takiej Mszy Świętej nigdy wcześniej nie widziałam.

Na drugi dzień po śniadaniu znowu poszliśmy na Średnią. Znów było tak samo. Okazało się, że odbywają się tygodniowe rekolekcje. Tym razem zostałam trochę dłużej. Kobiety, sąsiadki gotowały w pralni w dużych kotłach. Za płotem na łące stało mnóstwo rowerów, a wszyscy uczestnicy rekolekcji byli rozśpiewani, rozmodleni. Tak było co dzień, a ja zostawałam coraz dłużej. W sobotę przyszłam nieco później i okazało się, że trafiłam na samo zakończenie rekolekcji. Na podwórku stał długi stół, było pełno ciasta i kompotu, wszyscy śpiewali i grali. Ja też włączyłam się w te śpiewy. Tak dobrze mi było z tymi ludźmi, a tu okazało się, że to już koniec! Chciało mi się ryczeć. W pewnym momencie w ślad za księdzem Zbigniewem Tartakiem poszłam na górę i zasiedliśmy przy ławie: mama, ksiądz i ja. Zaczęła się modlitwa wstawiennicza nade mną. Zapytali o moje dzieciństwo, czy czułam się kochana… itp. I tak wszystko się zaczęło… Modlitwa zakończyła się moją generalną spowiedzią. Ksiądz Zbigniew stał się moim pierwszym stałym spowiednikiem i kierownikiem duchowym.

Inny obrazek z mego nawrócenia: był lipiec 1992 roku, pierwszy wyjazd na rekolekcje na dziesięć dni do Głuska, maleńkiej miejscowości w środku Puszczy Noteckiej. Wynajętym autobusem z grupą seminaryjną zabrałam się na „wypoczynek” (tak wymyśliła mama). Odwiedzał nas tam ksiądz biskup Józef Michalik z Gorzowa i Koordynator Odnowy w diecezji, ksiądz Eugeniusz Drzewiecki. W małej leśniczówce u gospodarzy, Krzyśka i Joasi z małym synkiem, urzędował ksiądz Zbigniew z mamą. My zaś spaliśmy na podłodze (ponad 30 osób) w szkolnej sali gimnastycznej, a chłopcy na sianie. Część konferencji głoszono w kościółku, a część na zewnątrz. Był straszny upał. Wieczorami odbywały się spotkania modlitewne przy ognisku, dzielenie się i piękne śpiewy, a nocami trwały pojedyncze spotkania z mamą i spowiedzi u księdza. Ktokolwiek stamtąd wychodził, ściskał mnie i wychwalał moją mamę, czym znów grał mi na nerwach.

Zapamiętałam też jednego uczestnika, inżyniera budownictwa, który miał wielki problem, bo nie mógł wytrzymać bez piwa i papierosów. Widziałam, jak kombinował, krył butelki w różnych miejscach i jak dzieciak ukrywał się z paleniem. Któregoś wieczoru podczas ogniska złożył swoje świadectwo, że po modlitwie u Marii Jezus go przemienił. Wyznał, że od dwóch dni nie palił i nie pił. To mnie przekonało, Pan otworzył moje serce i już inaczej patrzyłam na tych ludzi i na mamę. Dostrzegałam jak Bóg przemienia ludzi na moich oczach. Byli uzdrawiani, stawali się radośni, szczęśliwi. Wtedy dopiero zaakceptowałam tych, którzy mi mamę zabierali, oblegali. Wcześniej byłam o nich zazdrosna. Kiedy tak patrzyłam na zmęczoną i szczęśliwą mamę, już nie miałam żalu. Bogu dziękowałam za jej ofiarę, łaskę służby i za takie owoce. Zrozumiałam sens jej służby, tej morderczej pracy nad każdą osobą. Podziwiałam jej cierpliwość dla każdego.

Czas w Głusku to było moje przyglądanie się jej posłudze i poświęceniu. Przecież cały ten czas spała tylko po 2–3 godziny dziennie, a modliła się nad ok. 60 osobami.

Seminarium u mojej mamy

Po powrocie zaczęły się seminaria Nowego Życia w Duchu Świętym, w których wzięłam udział. Odkrywaliśmy szaloną miłość Boga do nas, ludzi w różnym wieku, pozbieranych z różnych krętych ścieżek życia.

Seminaria trwały bardzo długo (chociaż były prowadzone według podręcznika), ponieważ jeden dzień seminaryjny (jeden werset z Pisma Świętego) omawiano przez cały tydzień. Następne spotkanie po tygodniu zaczynało się dzieleniem naszym „przepracowaniem” słowa, czyli tym, jak wprowadziliśmy je we własne życie. Od tego dzielenia zależało, czy realizujemy następny temat, czy stoimy, bo ktoś z nas z różnych powodów czegoś nie przerobił i nie wcielił praktycznie w swoje życie. Każdy miał zeszyt, w którym notował każdego dnia różne natchnienia, trudności, niepowodzenia, upadki, niewierności, pokusy. Dzieląc się tym, otrzymywaliśmy od razu cenne wskazówki.

Ksiądz Zbigniew Tartak i mama razem prowadzili seminaria. Uczono nas w nich chodzenia w obecności Bożej i zadawania pytania Jezusowi: Co byś zrobił na moim miejscu? Czy to się Tobie podoba? Seminarium było czasem poznawania siebie, swoich wad i wyszukiwania tego, co odciąga mnie od Jezusa. Gdy spowiednik powiedział mi, że Jezusowi nie podoba się moje palenie papierosów, to zwyczajnie odpowiedziałam, że w takim razie ja nie chcę już palić. Po krótkiej modlitwie papierosy już mnie nie obchodziły i do dzisiaj nie palę.

W czasie seminarium radykalnie zmieniłam swe życie i zanurzyłam się totalnie w Chrystusie i dla Chrystusa. Wtedy także umierałam w sobie i wchodziłam krok po kroku na drogę świętości. Porządkowałam życie w swoim powołaniu, intensywniej pracowałam, prostowałam ścieżki do nieba. Jeśli ktoś nie potrafił zrezygnować z niepotrzebnych przyjemności lub uczestniczył w seminariach kosztem rodziny, trwając w swym wewnętrznym bałaganie, musiał zrezygnować. Ja sama, widząc odpowiedzialność za posługę różnym osobom przychodzącym do grupy, zdecydowałam się, że nie jestem jeszcze gotowa na modlitwę o wylanie Ducha Świętego i zaraz rozpoczęłam drugą turę seminarium. Pierwsze wylanie przeżyłam 3 maja 1993 roku, choć wielokrotnie brałam udział w seminariach, bo to najlepiej kształtowało moje życie wewnętrzne pod kierunkiem mamy i spowiednika, księdza Zbigniewa.

Ostatnie lata

Mama w tym czasie już chodziła o kuli, bo nogi jej nie utrzymywały. Aż któregoś dnia kula pośliznęła się, mama upadła, złamała rękę, żebro i się poobijała. Założono jej gips, położyła się do łóżka i wtedy skończyło się jej chodzenie. Nie przeszkadzało jej to jednak, by dalej modlitwą wstawienniczą i dobrą radą służyć nieprzerwanie przybywającym ludziom. Przeciwnie, wydawało się, że jeszcze więcej osób przybywało do niej, bo już nigdzie nie jeździła i stale była do dyspozycji.

Trwało to prawie cztery lata. Mama nie leżała, ale siedziała na brzegu tapczanu (jedyną zmianą pozycji było położenie nóg na taboret, a potem opuszczenie ich na podłogę). Tak było dzień i noc. Spała też na siedząco, bo jej kręgosłup chylił się coraz bardziej ku przodowi. Wymagała nieustannej opieki. Wielu dobrych ludzi było przy niej, pomagali jej i korzystali z jej duchowych bogactw. My, jej dzieci, nie sprostalibyśmy tym dodatkowym obowiązkom, ponieważ mieliśmy swoje domy, pracę zawodową i dzieci. Jesteśmy wdzięczni wszystkim za ich wierność swej duchowej matce i nauczycielce.

Któregoś poniedziałku, wracając z pracy, dowiedziałam się, że mamę zawieziono do szpitala, bo dusiła się i już nie mogła oddychać. Wcześniej parę razy też wydawało się, że już umiera. Lekarka mówiła nawet, że to jej ostatnie chwile, ale ksiądz Zbyszek modlił się nad nią, namaszczał olejami i wracała do życia, aby znowu parę miesięcy służyć innym. Wtedy rzeczywiście zbliżał się koniec – mama dostała tlen i pozostała w szpitalu. Już się nie broniła.

Tam znalazła ją Iza, która przyjechała do mamy z jakimś problemem. Nie chcieliśmy jej wpuścić, ale mama zawołała: „Jeszcze żyję! Chodź dziecko, a wy zostawcie nas samych…”. Nigdy nikogo nie zostawiła w potrzebie.

Na zmianę pełniliśmy przy niej dyżury. Ksiądz Zbigniew co dzień przy jej łóżku sprawował Mszę Świętą i karmił ją Chlebem Życia. W niedzielę wieczorem byłam sama przy mojej mamie i głośno modliłam się o jej szybką śmierć, bo tak chciała i co chwilę przynaglała mnie do tego. Rzeczywiście męczyła się, zanikał jej oddech. Przyjechał ksiądz Zbigniew, choć miał tego dnia swoje imieniny. Siedzieliśmy więc oboje na jej łóżku do północy.

Mama powtarzała: „Żadnej żałoby po mojej śmierci, żadnego smutku! Przecież idę do domu Ojca…”. Wiele razy mówiła też, że św. Józef jej pomoże, bo to patron dobrej śmierci… I pomógł, zmarła rano w wigilię św. Józefa.

Pogrzeb odbył się w pierwszy dzień wiosny, w czwartek. Tego ranka było mroźno, każdy ubrany jak na zimę, ale w połowie Mszy Świętej pogrzebowej wyszło słońce. Doświadczaliśmy gorącego powiewu przychodzącej wiosny.