|
SIOSTRA MARIA Z ŻAR |
|
Jej to zasługa, bo była inicjatorem powstania
tutejszego Domu Rekolekcyjnego w Kunicach. Wybierała
i szukała miejsca by zawsze Wspólnota mogła służyć
modlitwą wstawienniczą każdemu kto tu trafi - czyli
każdemu kogo Pan Bóg przyprowadzi.
Pamiętając jak moje życie zmieniło się radykalnie gdy znalazłem się w jej grupie
seminaryjnej zawsze z wdzięcznością i wielkim
szacunkiem wspominam Siostrę Marię.
Pomagała mi dojrzewać i otwierała "głowę na świat'
- czyli dzięki niej Jezus wyprofilował właściwie
moje życie i sposób postrzegania ludzi oraz siebie,
wyzwolił mnie w prawdzie o sobie, dał nowe życie w
świetle Jego miłości. Siostra Maria a raczej Jezus
poprzez nią obalił moje karłowate wyobrażenie Boga.
Od tamtej pory nigdy nie jestem sam.
Administrator strony Wiesław Leńczuk . |
ŻYCIE I DZIAŁALNOŚĆ MARII JURCZYŃSKIEJ
W LATACH 1919-1996
-
Losy rodziny, dzieciństwo i lata szkolne
-
Okres II wojny światowej, osiedlenie w Żarach i
praca w parafii
-
Spotkanie z Odnową w Duchu
Świętym, nowa służba
-
Ostatnie lata życia i śmierć
Marii Jurczyńskiej
-
Duchowość siostry Marii od
Ducha Świętego
-
Dziedzictwo duchowe,
modlitwa wstawiennicza
1. LOSY RODZINY, DZIECIŃSTWO I LATA SZKOLNE
Losy
Marii Jurczyńskiej do dnia jej ślubu są stosunkowo
trudne do zweryfikowania pod kątem zgodności
historycznej. Nie istnieją żadne pamiętniki z lat
młodości, które pozwalają na prześledzenie tamtego
okresu, dlatego też pewne fakty z przekazów
ustnych zostały przyjęte przez autorkę, jako
prawdziwe.
Opierając się na trzech źródłach tj. dokumenty
administracyjne, wywiady z osobami mającymi
bezpośredni kontakt z Marią oraz tekstach, w których
sama charyzmatyczka opisuje swoje perypetie,
powstała druga część pracy, przybliżająca życie i
posługiwanie Marii, w której znajduje się kilka
wątków, wymagających pogłębionych badań na
dokumentach źródłowych, do których autorka nie
posiada dostępu.
Maria Jurczyńska, której panieńskie
nazwisko brzmi Modzelewska, żyła w latach 1919 -1996.
Urodziła się w Rosji w Talnie, jako córka Wandy
Strojnowskiej i Leona Modzelewskiego. Według
oficjalnych dokumentów, którymi dysponuje autorka,
Maria przyszła na świat 22 sierpnia 1920 roku.
Fakt ten jednak został zakwestionowany przez Zofię
Łoś- siostrę Marii Jurczyńskiej, która w
bezpośrednim wywiadzie stwierdziła, iż rzeczywista
data urodzin Marii przypada na 22 sierpnia 1919r.
Podobne informacje znajdujemy również w książce
Modlitwa wstawiennicza.
Pani Zofia potwierdza fakt urodzenia się
Marii 22 sierpnia 1919 roku i wyjaśnia, że błędne
opinie niektórych świadków, a nawet zła data w
dokumentach, stwierdzająca, iż urodziła się ona w
roku 1920, wynikają z faktu celowego pozostawienia w
Rosji metryki urodzenia.
Z
zeznań bliskich wynika również, iż rodzina Marii
posiadała tytuł szlachecki, autorka nie dotarła
jednak do dokumentów potwierdzających wspomniany
fakt.
Maria przybyła z Rosji do Wołynia podczas
wymiany jeńców wraz z matką, bratem matki i młodszą
o półtora roku siostrą Zofią, gdy miała kilka lat.
Stryj, aby zapewnić dziewczynkom byt, przywiózł je
pod swoim nazwiskiem. Liczył, że wtedy będą
bezpieczne. Był to niewątpliwie bardzo rozsądny
gest, gdyż w okresie rewolucji bolszewickiej znane i
szanowane nazwisko mogło być jakąś szansą na
ratunek. Poza tym, Strojnowski bardzo chciał mieć
dzieci, a własnych nie posiadał.
Maria i Zofia podjęły naukę w szkole podstawowej z
nazwiskiem brata matki, jednakże, gdy w 1927 urodził
mu się syn, powróciły do nazwiska rodowego.
Matka Marii Jurczyńskiej, kształciła się i
jednocześnie pracowała w zawodzie położnej w
szpitalu. Dyrektor placówki, doktor Doganowski, był
przyjacielem domu i często pomagał samotnej
kobiecie. Mogła, więc utrzymać siebie i córki. Nauka
i praca bardzo utrudniały jej wychowanie dzieci,
dlatego Wanda Strojnowska podjęła decyzję
o umieszczeniu córek w pensjonacie u
Sióstr Niepokalanek przy klasztorze w Maciejowie,
powiat Kowel. Takie rozwiązanie, z uwagi na
zdolności przejawiane przez Marię, zwaną przez
bliskich Marylką, pozwoliło na pomnażanie wiedzy,
jak i poznanie zasad dobrego wychowania. Matka
musiała podejmować się przeróżnych prac dodatkowych,
aby móc zapłacić czesne i dać córkom wyprawkę.
Jedyna siostra Marii, Zofia Łoś, zamieszkała w
Lublinie, opisywała matczyny wysiłek związany z
utrzymaniem dzieci w szkole zakonnej.
Gdy Wanda Strojnowska ukończyła kurs dla
położnych, który zdała celująco, cała rodzina
przeniosła się do Maciejowa. Tam Marylka po piątej
klasie poszła do gimnazjum, które przed II Wojną
Światową było czteroletnie. Siostry Niepokalanki
otworzyły je w miejsce seminarium nauczycielskiego,
na które, z uwagi na trwanie niewoli, nie było już
tylu kandydatów.
Sama Maria wspomina swoje najpiękniejsze
duchowe doświadczenie z dzieciństwa, kiedy mając
pięć, może sześć lat, razem z mamą modliła się przed
figura Niepokalanej Matki Bożej. Nagle zobaczyła,
jak ta przepiękna postać podchodzi do niej, całuje
ją i błogosławi czyniąc krzyżyk na czole. Będąc
dzieckiem bardzo często wracała do tego przeżycia,
tęskniąc za Maryją i jej obecnością.
W szkole podstawowej należała do Krucjaty
Eucharystycznej Dzieci, co mocno wpłynęło, na rozwój
jej osobistej duchowości Eucharystycznej i maryjnej.
W gimnazjum została sodaliską Maryi
Niepokalanej i wręcz zakochała się w Matce Bożej.
Maryja była dla niej matką i towarzyszką codziennych
czynności. Starała się Ją naśladować w pokorze,
ubóstwie, służbie drugiemu człowiekowi, otwarciu na
Ducha Świętego i zawierzeniu Stwórcy. Dzięki tej
żarliwej pobożności do Matki Kościoła, Maria stała
się matką dla wielu zagubionych ludzi.
Chętnie wspominała pierwszego spowiednika,
księdza prałata dra Adama Żółkiewskiego, który w
1926 roku był proboszczem w Ołyce, skąd przeniesiono
go do klasztoru sióstr Niepokalanek, jako kapelana
klasztornego
oraz księdza dra Stanisława Kobyłeckiego,
przyjaciela rodziny.Byli
oni kierownikami duchowymi i spowiednikami sióstr,
oraz uczących się tam dziewcząt.
Gdy Maria miała dwanaście lat, bardzo
chętnie podsłuchiwała konferencje o Duchu Świętym,
wygłaszane dla gimnazjum, wykorzystując do tego celu
przerwy w zajęciach lekcyjnych. Tak zrodziła się w
niej głęboka miłość do Ducha Świętego oraz
pragnienie poznawania Boga i doświadczania Jego
mocy. O tej zażyłości z Bogiem, sama wspominała
opowiadając o swoim życiu klerykom:
„Na rekreacjach szukano mnie, gdyż wykradałam z klęczników
sióstr lektury kontemplacyjne, które czytałam
schowana za fisharmonią. Zapominałam wtedy o całym
świecie, a Bóg obsypywał mnie bogato łaskami.”.
Liceum ukończyła w Jarosławiu, gdzie
jeszcze bardziej otworzyła się na Boże działanie i
przyjęła za swoje, hasło sióstr Niepokalanek,
Deus Solus,
czyli: tylko Bóg. Była gotowa przyjąć wolę Bożą
nawet bardzo trudną do wypełnienia.
do góry
2. OKRES II WOJNY ŚWIATOWEJ,
OSIEDLENIE SIĘ W ŻARACH I
PRACA W PARAFII
Maria mocno doświadczała Bożej obecności i
kochała Boga coraz więcej. Gorąco chciała wstąpić do
klasztoru, ta chęć była w niej już od dzieciństwa,
ale wybuch II Wojny Światowej pokrzyżował jej plany.
Mieszkając na Wołyniu, stanęła przed groźbą zsyłki
na Sybir. Aby mieć opiekę dla siebie, siostry i
ciężko chorej matki, zgodziła się wyjść za mąż.
Maria wraz z matką na małżonka wybrała urodzonego 4
sierpnia 1913 roku w Trublach Stanisława
Jurczyńskiego, syna Stefana Jurczyńskiego i Marii
Kostrzewskiej.
Ich ślub przypadł na dzień 11 sierpnia 1940 roku.
Wojna pozbawiła ich prawie wszystkich dóbr
materialnych.
Z powodu przebywania w pobliżu frontu,
trzynaście razy musieli szukać nowego lokum, pakując
jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Były to niezwykle
trudne przeprowadzki, przez wzgląd na ich małe
dzieci. W 1942 urodził im się syn Stanisław Janusz.
Rok później córki Teresa i Urszula. Wiele dni
spędzili w ziemiance z obawy przed pojmaniem i
śmiercią. Wciąż musieli uciekać. Zrzekali się swoich
ziem i pozostawiali dorobek życia.
W międzyczasie przygarniali sieroty i ostatecznie
wychowali ich pięcioro, oprócz pięciorga własnych
dzieci. Przyjmowali pod swój dach również ubogich,
którzy nie mieli środków do życia.
Wojenna tułaczka zakończyła się dla nich w
Żarach, na ulicy Średniej 10, pierwszego grudnia
1945 roku. Prawo do przejęcia lokalu otrzymali
piątego grudnia tegoż roku.
Na miejscu, zastali Niemkę oczekującą rychłego
narodzenia dziecka. Maria również była w ciąży.
Pozwolili kobiecie pozostać przez około rok. Matka
Stanisława była akuszerką, więc odebrała poród
swojej synowej i owej Niemki. Obie córeczki
otrzymały imię Elżbieta. Kobiety żyły ze sobą w
przyjaźni, pomimo wrogości, jaką darzyły siebie
nawzajem oba narody.
Państwo Jurczyńscy posłali najstarszą
córkę do szkoły z internatem. W 1946 roku na świat
przyszła kolejna dziewczynka, Henryka Elżbieta. Po
trzech latach kolejna Regina Jadwiga. Najmłodszym
dzieckiem państwa Jurczyńskich była Anna Maria
urodzona w 1951 roku.
Mąż Marii Jurczyńskiej, którego cechowała
głęboka wiara, wspierał działania żony i nie
sprzeciwiał się realizowaniu jej duchowych potrzeb.
Pracował w Królewsko-Pruskiej Kolei Wschodniej,
zwanej "Ostbahn".
Małżonek sam utrzymywał całą rodzinę i zamieszkujące
u nich osoby. Stanisław Jurczyński był harcerzem
oraz prezesem Akcji Katolickiej. Bardzo szybko
założył w Żarach harcerstwo prowadzone z
dbałością o wychowanie religijne młodzieży.
Niestety, komunizm nie pozwolił na takie prowadzenie
hufca. Doszło do jego rozwiązania, ale sprawy
młodych nigdy nie stały się Stanisławowi obce.
Kierując się potrzebą odbudowy miasta po
wojnie, oraz tragiczną sytuacją młodych ludzi,
nierzadko powojennych sierot, często pozbawionych
wykształcenia i pracy, razem z Ludwikiem Popławskim,
ówczesnym Naczelnikiem Oddziału Drogowego Polskich
Kolei Państwowych w Żarach oraz Leonem Fabisiem,
otworzył szkołę budowlaną. Data oficjalnego
rozpoczęcia funkcjonowania szkoły to 3 marca 1946
roku. W utworzonym Gimnazjum Budowlanym, funkcję
dyrektora szkoły powierzono L. Popławskiemu.
Nie było takiej możliwości, aby mąż Marii zajął
kierownicze stanowisko, ponieważ nigdy nie należał
do partii, ani nie wyrzekł się religii katolickiej.
Nauczając przez prawie 25 lat zawodu,
zawsze kształtował w swoich podopiecznych zachowanie
zgodne z zasadami moralności i wychowywał do
praktykowania wiary. Bardzo cenił sobie pracę z
młodzieżą i korzystał z każdej możliwości spędzania
z nimi czasu i służenia pomocą. Według córki, Marii
Kusz, był bardzo wymagającym nauczycielem. Nie wahał
się wstawić nieprzygotowanemu uczniowi odpowiedniej
oceny. Nie kierował się względami ludzkimi i nie
dawał się namówić na ustępstwa. Wymagał uczciwości i
wiedzy. Organizował szereg spotkań wyrównawczych,
nawet u siebie w domu. Pragnął, aby na koniec roku
każdy młodzieniec był promowany do następnej klasy,
ale nie z litości, lecz po wykazaniu odpowiednich
umiejętności. Robił, co mógł, aby wesprzeć słabszych
uczniów, toteż udzielał niezliczonych godzin
darmowych korepetycji. Był dzięki temu szanowany
przez uczniów. Młodzież chętnie korzystała z
możliwości spotkania ze swoim opiekunem. Powtarzał
często, że mają być dobrymi budowlańcami, albo
żadnymi. Zachowały się fotografie Stanisława
Jurczyńskiego wraz z uczniami.
W pracy wychowawczej korzystał z dzieł
węgierskiego biskupa Tihamera Totha,
pracując nad charakterem i zachowaniem swoich
uczniów. Prowadzał chłopców na rekolekcje, toteż
został zwolniony dyscyplinarnie za demoralizację.
Nadzorował wiele prac remontowych w kościołach,
miedzy innymi w bazylice w Gostyniu, nie odmawiał
proboszczom, którzy przychodzili z prośbą o pomoc.
Praktycznie nie pobierał opłat za swoją ciężką
pracę. Powtarzał, że oddaje tak chwałę Bogu za
doświadczone łaski. Siostra Maria wiele razy
chwaliła zaangażowanie męża w sprawy Kościoła i
troskę o dom.
Choroba tarczycy wysoce uniemożliwiała
Marii podjęcie pracy zarobkowej. Częste wyjazdy nad
morze, dla poprawienia zdrowia wykorzystywała na
formację teologiczną. Szczególną uwagę przywiązywała
do teologii moralnej.
Pod kierownictwem ojca superiora F. Przybylskiego
przeżyła indywidualne trzydziesto dniowe rekolekcje
ignacjańskie,
gdzie zdobyła wiedzę na temat rozeznania
duchów i wyboru dróg życiowych. Bardzo
dokładnie przestudiowała też bibliotekę życia
wewnętrznego Apostolstwa Modlitwy.
W duchu encykliki
„Sacra Virginitas”
Piusa XII, złożyła, za zgodą męża, ślub czystości.
Pozwolenia na ten akt udzielił ks. prałat Stanisław
Kobyłecki, poprzedni długoletni ojciec duchowny.
Przez ponad trzydzieści lat jej trzecim
kierownikiem duchowym był ojciec Józef Jura,
prowincjał Oratorium w Gostyniu, do którego
przyjeżdżała z licznymi rozterkami i którego
prosiła o błogosławieństwo na liczne posługi.
W Żarach pełniła funkcję instruktorki
poradnictwa przedślubnego. Bardzo rzetelnie
przygotowywała się do tej pracy. Zawsze modliła się
za młodych, z którymi miała rozmawiać. Założyła
również Sodalicję Mariańską. Należało do niej 36
dziewcząt, 16 kobiet oraz kilku mężczyzn. Na tych
spotkaniach na plebanii zawsze byli obecni księża.
Lata pięćdziesiąte przyniosły ze sobą
zakaz działalności organizacji katolickich. Maria
się nie poddała. Gromadziła chętnych u siebie w
domu. Sama mówiła nauczania. Materiał do referatów
czerpała z konferencji usłyszanych w Gostyniu.
Jeździła tam kilka razy do roku na rekolekcje, gdzie
zdobywała doświadczenie między innymi w dziedzinie
kierownictwa duchowego. Było to możliwe dzięki ojcu
Jurze, który bardzo często podsyłał do niej ludzi,
którzy potrzebowali dłuższej rozmowy na tematy wiary.
Osoby, które należały do prowadzonej przez nią
Sodalicji były regularnie przygotowywane do
spowiedzi świętej i pouczane jak podejmować decyzje,
żeby żyć w zgodzie z wolą Bożą i pod natchnieniem
Ducha Świętego. Często też przebywali u niej
kapłani. Chętnie modlili się razem, dyskutowali,
rozważali Słowo Boże i spożywali posiłki. Wszystko
to odbywało się w całkowitej abstynencji od napojów
alkoholowych.
Księża odczuwali pewien respekt do Marii,
traktowali ją jak matkę, pomimo jej młodego wieku.
Wielu spotkało się z takim zrozumieniem pierwszy raz
w życiu. Katechezy prowadzone przez Marię w salkach
katechetycznych gromadziły wokół niej dzieci z
innych szkół, czy nawet rodziców i krewnych, którzy
przychodzili niby po dzieci, ale tak, żeby posłuchać
lekcji. Nic w tym dziwnego, skoro prowadziła ona
prawdziwą szkołę życia duchowego. Mówiła w sposób
zrozumiały o sprawach, które nie były proste, a
jednak budziły zainteresowanie ludzi.
Kapłani nie zawsze popierali inicjatywy kobiety.
Maria spotykała się czasem z ich
niezrozumieniem, brakiem zaufania, czy nawet
niechęcią. Księża dziwili się, że ludzie częściej
przychodzą do spowiedzi oczekując rozmów duchowych i
kierownictwa. Upatrywali w zachowaniu wiernych
dewocji. Nie znając Marii i obawiając się
gwałtownych zmian w postępowaniu ludzi, początkowo
podchodzili do niej sceptycznie Nie rozumieli
potrzeb penitentów spowiadających się częściej niż z
okazji pierwszego piątku miesiąca, gdyż nie
spotykali się z tym wcześniej. Formy modlitwy i
głoszenia Słowa Bożego, stosowane przez M.
Jurczyńską przez wzgląd na ich innowacyjność
przypominały im sektę, toteż byli bardzo ostrożni.
Ludzie potrzebowali konkretnej porady, choćby na
takie tematy, jak: co zrobić w trudnych sytuacjach,
jak przebaczyć zdradzającemu współmałżonkowi, jak
nie ulec jakiejś pokusie oraz żyć w zgodzie i
miłości. Spowiednicy, nie widząc materii do
spowiedzi, odsyłali nieszczęśników czasem bez słowa
otuchy. Takim ludziom Maria przychodziła z pomocą,
kupując za ostatnie pieniądze książki duchowe i
objaśniając im w przystępny sposób nurtujące ich
kwestie.
W
domu Państwa Jurczyńskich, prawie każdego dnia
korzystano z dwóch maszyn do pisania, na których
przepisywano, ciekawsze pozycje książkowe. Był to
okres słabego dostępu do literatury z zakresu
teologii, duchowości i moralności. Maria dbała, aby
jak największa liczba chętnych miała jednak
możliwość poznawania takiej literatury. Fragmenty
ważnych dzieł przepisywano też odręcznie i
przekazywano dalej. Anna Maria wspomina trud całej
rodziny, włożony w dokształcanie religijne ludzi
przychodzących do ich domu, na ulicy Średniej.
Pomimo tak wielkiego zaangażowania
zdarzali się jednak duchowni, którzy mówili, że jej
pomoc jest bardziej potrzebna przy sprzątaniu
kościoła. Sama Maria Jurczyńska przeżywała osobisty
dramat związany z sakramentem pokuty. Kapłani kazali
jej przychodzić, co trzy miesiące do spowiedzi.
Wciąż słyszała, że nie jest w zakonie, wiec nie ma
obowiązku tak częstej spowiedzi, a do tego niektórzy
wyrzucali jej, że jest zbyt pobożna. Narastało w
niej rozgoryczenie. Przecież nie mogła tak często
jeździć do Gostynia, a poza tym potrzebowała
zaufanego kapłana tutaj, na miejscu. Nieustannie
jednak żyła w ogromnym szacunku do kapłanów. Często
modliła się za nich i oddawała ich Bogu. Prosiła dla
dobrych o umocnienie, a dla upadających o
nawrócenie.
Liczne posty i inne umartwienia ofiarowywała za
dusze kapłanów. Odnosiła się do nich z respektem,
choć, gdy trzeba było stanąć w czyjejś obronie, lub
po prostu zwrócić uwagę na jakieś nieprawidłowości,
była bardzo stanowcza. Nieraz przychodziła do
kapłanów po poradę, błogosławieństwo i rozeznanie.
Przyjmowała to z wielką pokorą i uszanowaniem. Lecz
kiedy widziała krzywdę ludzką wynikającą z
zaniedbania jakiegoś księdza, gdy jakiś duchowny
pogrążał się w grzechach, wprost mówiła o potrzebnej
poprawie. Nigdy jednak nie odnosiła się do kapłanów
z pogardą. Gdy miała posługiwać modlitwą księdzu, w
której mogła uzyskać informacje kompromitujące jego
osobę, lub gdy kapłan czuł dyskomfort otwierając się
przed kobietą, dodawała mu otuchy prosząc go o
spowiedź lub choćby o modlitwę nad nią
i błogosławieństwo. Chciała przez to pokazać, że
szanuje go, pomimo jego problemów i upadków.
Maria na nikogo nie patrzyła z góry.
Właśnie pokora Siostry Marii była cechą, która
przyciągała całe mnóstwo osób potrzebujących
modlitwy, rozmowy, jakiejkolwiek pomocy. Wiele z
nich wspomina wewnętrzne ciepło, które biło od tej
słabej i schorowanej osoby.
Ksiądz Zbigniew Tartak, pochodzący z Kunic
Żarskich, który spotkał ją na początku swojej drogi
seminaryjnej, pisze w swoim świadectwie
zamieszczonym w książce Marii Jurczyńskiej,
że poczuł się od pierwszych chwil spędzonych u niej
akceptowany i przyjęty.
Taką opinię wyrażali gromadzący się coraz liczniej w
jej niewielkim domu ludzie. Nikt nie był wyproszony,
czy źle potraktowany. Nawet biedne dzieci z okolicy
mogły liczyć na talerz zupy lub kromkę chleba z
konfiturą.
Jej najmłodsza córka, Anna Kusz wspomina:
„w domu nigdy nie było bogactwa, wręcz
nawet bieda. Ale zawsze był kawałek chleba
dla potrzebującego. Przybysz mógł liczyć na dobre
słowo, ale nie odchodził też głodny. Gdy rozeszła
się wieść, że jakaś kobieta ucieka z dziećmi od
pijanego męża, grożącego im siekierą, od razu
przygotowano dla nich dwa pokoje w rodzinnym domu
Jurczyńskich”. Takie sytuacje, gdy przyjmowano
pod dach obcych ludzi Anna Maria pamięta trzy. Nie
była to jednorazowa pomoc. Osoby te zostawały w
tymże domu przez rok do kilku lat. Jest to wyraz
bardzo wielkiej gotowości niesienia pomocy wszystkim
potrzebującym. Zawsze w ich domu przygotowywano na
zimę ogromne zapasy kiszonej kapusty, ogórków,
przetworów w słojach. Spożywali to domownicy, ale
rozdzielano też te dobra głodnym sąsiadom,
przybyszom. M. Jurczyńska uczyła też kobiety
niezaradne życiowo lub wykolejone moralnie, zajmować
się domem, gotować, sprzątać i wychowywać dzieci.
Nawet żonom alkoholików polecała nie rozstawać się z
tyranami, ale uczyła jak przeżyć te trudne chwile w
łączności z cierpiącym Chrystusem. Radziła im, jak
się mają zachowywać.
Maria, nie mogąc liczyć na miejscowych
kapłanów w kwestii kierownictwa duchowego, a także
słysząc nieraz opowiadania o nieobyczajnym życiu
kleru, których prawdziwości nie mogła zaprzeczyć,
podjęła się w Wielki Piątek nowenny do Ducha
Świętego w intencji znalezienia świętego spowiednika
blisko miejsca swego zamieszkania. Prosiła, aby Pan
Bóg dał jej znak do uroczystości Zielonych Świąt.
W dzień Świąt nie otrzymała upragnionego
kierownika duszy. Kolejny raz zawierzyła swoje życie
Trójcy Przenajświętszej, obierając Ducha Świętego na
swojego przewodnika duchowego. Poczuła Jego obecność
przy sobie. Odtąd jeszcze bardziej doświadczała mocy
Boga i przebywała z Nim, na co dzień.
Wciąż była bardzo oddana Kościołowi i ojczyźnie.
W 1955 roku rozpoczęła potrójną nowennę: za Polskę i
o nastanie w Polsce Królestwa Jezusa i Maryi,
pierwsze piątki i soboty oraz niedziele do Trójcy
Świętej. Złożyła ofiarę na Msze Święte w tych
intencjach. W rok później cieszyła się z całym
narodem Ślubami Jasnogórskimi. Tuż przed nimi
przeżyła niebezpieczną
operację tarczycy, cierpienia, jakich doświadczała
ofiarowywała za nawrócenie się narodu polskiego.
Składała swoje życie w ofierze, prosząc o duchowe
odrodzenie kraju. Tak napisała w osobistych
notatkach: „W tej Intencji „wykupiłam sama, lub
moi – w Bogu – Przyjaciele, prawie wszystkie Msze
św. niedzielne na Jasnej Górze odprawiane w czasie
wakacji szkolnych, a także 22. VIII, 24 i 26,
niedziela następna i 8 IX. 1956 r. Po cudownym
uzdrowieniu mnie niegodnej- po operacji (po
kilkunastu godzinach lekarze zauważyli, ze szwy
wszystkie są zrośnięte i zaczęłam chodzić, byłam
zdrowa.) W duchu najcięższej ofiary przyjęłam z rąk
Bożych ten „ powrót” do życia.”.
Pojechała do Matki Generalnej sióstr
Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i
poprosiła ją o przyjęcie wraz ze ślubem
posłuszeństwa do III zakonu. Matka Generalna
pozwoliła jej przyjąć Szkaplerz Niepokalanej.
Niemalże w każdym miesiącu Maria dzieliła
się swoimi przemyśleniami na temat laikatu i jego
roli w Kościele z wrocławskim biskupem Bolesławem
Kominkiem, który stał się przyjacielem i
powiernikiem głębokich refleksji Marii na polecenie
Prymasa Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Prymasa
poznała dzięki infułatowi Kobyłeckiemu. Wizyty u
biskupa Kominka trwały nieraz pół dnia i dotyczyły
spraw wiernych, którzy nie mieli możliwości
wypowiedzieć się przed zwierzchnikiem Kościoła, a
nieraz mieli wielkie pragnienie służby i formacji.
Maria Jurczyńska patrzyła od strony świeckich, a
także, jako matka i nauczycielka. Wiedziała, jakie
zmiany są wprost niezbędne, aby przyciągnąć ludzi do
wiary i wspólnoty Kościoła. Pomimo, iż nie odbyła
żadnych studiów teologicznych, jej spostrzeżenia
okazały się bardzo trafne i duchowny wiele z
nich podzielał oraz przekazał je na obradach Soboru
Watykańskiego II, w których uczestniczył.
Kościół Powszechny właśnie takich zmian potrzebował
i ten kolejny głos ludu był istotny. Ta kobieta
obdarzona wielką mądrością życiową i erudycją, stale
pomnażająca swoją wiedzę z troski o ludzi, którym
doradzała, była równocześnie bardzo pokorna.
Słuchający jej modlitw i pouczeń ludzie
świeccy i kapłani mogli usłyszeć jak mówi o sobie: „Boże
nic”.
Tak podpisywała się w listach, wciąż zapewniając, że
niczym nie zasłużyła na takie obdarowanie. Ten
zwyczaj potwierdza również jej córka, Anna Maria.
Każdego dnia wstawała o godzinie czwartej
rano. Szła ponad trzy kilometry na Mszę Świętą
odmawiając po drodze różaniec i przygotowując się do
Komunii Świętej. Po dotarciu do kościoła odprawiała
Drogę Krzyżową i przyjmowała Ciało Pańskie jeszcze
przed rozpoczęciem Eucharystii. Musiała wychodzić z
kościoła w trakcie Komunii kapłańskiej, gdyż
obowiązki domowe wymagały od niej szybkiego powrotu.
Praktykowała też, całodzienne rozmyślanie nad jedną stacją
Drogi krzyżowej dziennie, przy wypełnianiu
obowiązków domowych. Radziła przychodzącym do siebie
zastosowanie tej formy pobożności. Mówiła, że pomaga
to zachować wewnętrzny pokój w trudach
przychodzących każdego dnia, dzięki modlitewnej
pamięci o męce Zbawiciela.
do góry
3. SPOTKANIE Z ODNOWĄ
W DUCHU ŚWIĘTYM I NOWA
SŁUŻBA
Siostra Maria od Ducha Świętego szczególnym
upodobaniem darzyła liczbę siedem.
Jest to w języku biblijnym oznaczenie doskonałości,
a także, przez wzgląd na liczbę darów Ducha
Świętego, symbol Jego Osoby. Maria dziękowała już od
stycznia 1966 roku kochanemu Bogu, Duchowi Świętemu-
jak często wyrażała się o Trzeciej Osobie Trójcy
Przenajświętszej, za duchowe dary, które jak
przeczuwała, spadną na nią w roku 1977. W
szczególności 7 lipca. Nie myliła się.
Już pierwszego stycznia 1977 otrzymała
zaproszenie na sympozjum przełożonych domów
rekolekcyjnych, na którym byli obecni biskupi
Tadeusz Etter i Paweł Socha, oraz ojciec Jura.
Podczas obrad biskup Socha zauważył, że Maria notuje
pilnie jakieś swoje przemyślenia. Nakłonił ją do
zabrania głosu i był pod wrażeniem trafności oceny
sytuacji. Powiedziała wtedy, że nadrzędnym problemem
omawianych rekolekcji jest niewłaściwy dobór osób
oddelegowanych do udziału w nich przez proboszcza,
oraz brak przekazywania zdobytej wiedzy członkom
wspólnoty parafialnej. Zebrani potwierdzili
słuszność tych zarzutów.
Na owym sympozjum poznała również księdza Mariana
Piątkowskiego, prezentowanego już w tej pracy.
Duchowny po modlitwie nad nią zaproponował jej
przeżycie Seminarium Odnowy Charyzmatycznej. Maria
odebrała to, jako ewidentny znak od Pana Boga.
Seminarium rozpoczęła 13 maja. Chrzest w Duchu
Świętym przeżyła natomiast 7 lipca 1977 roku.
Dotychczas była zachwycona działaniem Ducha Bożego w
świecie. Nie wątpiła w Jego obecność i wierzyła w
autentyczność Pięćdziesiątnicy. Nie wiedziała
jednak, że takie same dary jak w dzień Zielonych
Świąt, mogą zostać dane współcześnie. Gdy przeżyła
Wylanie Ducha Świętego, miłość do Niego stała się
źródłem wielkiego zapału do szerzenia dzieła
modlitwy wstawienniczej. Bardzo szybko została
włączona do grona twórców polskiej Odnowy. Zaczęła
się bardzo owocna współpraca z prałatem Piątkowskim,
wykładowcą teologii moralnej w Wyższym Seminarium
Duchownym w Poznaniu. Maria stała się członkiem
Ogólnokrajowego Zespołu Koordynatorów Odnowy w Duchu
Świętym. Dwa razy w tygodniu przyjeżdżała do
Poznania i uczestniczyła tam w spotkaniach grupy
modlitewnej oraz pastoralnej.
Będąc pionierką Odnowy Charyzmatycznej na
ziemi lubuskiej, musiała zmagać się z licznymi
przeciwnościami. Kapłani oraz wierni świeccy, nie
byli przekonani o poprawności tego rodzaju
modlitwy. Była to nowość, której często nie
akceptowano, pojawiały się również osoby, których
ambicją była walka ze zwolennikami ruchu
pentakostalnego. Zdarzało się, że księża zabraniali
prowadzenia tychże spotkań na plebanii.
Uczestnicy zbierali się w domu państwa Jurczyńskich,
a spotkania były prowadzone przez męża Marii -
Stanisława. Z trzydziestu osób z czasem zostało
piętnaście, a potem siedem. Ale byli to ludzie
konkretni, wytrwali i stale formujący się. Tworzyli
grono gotowe podjąć rolę lidera w razie powstawania
nowych grup.
W niedługim czasie zaczęto tworzyć nowe
wspólnoty w sąsiednich miastach. Siostra Maria w
szczególny sposób kładła nacisk na dążenie do
świętości, na wolę nie popełniania świadomie choćby
grzechu lekkiego. Przypominała, że służba drugiemu
człowiekowi nie zwalnia od dbałości o swoje
obowiązki stanu oraz formację. Nalegała do ciągłego
poszukiwania informacji podnoszących kwalifikacje do
posługi drugiemu człowiekowi, oraz do praktykowania
głębokiej modlitwy i stałego nawracania się. Ludzie
należący do wspólnoty, napotykali na liczne
problemy, jednak Maria powtarzała, że aby
doświadczyć owoców zmartwychwstania Jezusa, trzeba
razem z Nim przejść przez Jego śmierć.
Prowadziła ich przez drogę Pomocników Maryi,
która jest Oblubienicą Ducha Świętego do głębokiej
zażyłości z Bogiem. Sama rzuciła się w wir pracy.
Codziennie przychodziło do niej wiele osób,
czasem nawet kilkadziesiąt, którym służyła modlitwą
wstawienniczą.
Tuż po wojnie przychodzili ludzie, którzy
potrzebowali rozmowy i pociechy. Wrażliwość Marii
sprawiała, że widzieli w niej przyjaciela i
orędowniczkę przez Bogiem. Teraz obdarowana przez
Stwórcę charyzmatem modlitwy wstawienniczej, mogła
jeszcze pełniej nieść im pomoc. Pośród problemów
związanych z tworzeniem nowych grup napotykała na
brak pomocy ze strony kapłanów. Kazania przez nich
głoszone nie zawsze były zrozumiałe, a tym samym nie
zawsze budowały pobożność wiernych. Sama, więc
sięgała po literaturę z zakresu dogmatyki,
moralności i apologetyki. Starała się być rzetelnym
doradcą i cieszyła się coraz większym zaufaniem.
Księża, których pytała, czy mają jakieś
uwagi odnośnie jej konferencji, odpowiadali, że może
być spokojna o czystość przekazywanej nauki,
ponieważ nie popełnia błędów teologicznych. Zawsze
była ogromnie wdzięczna za wszelkie przekazywane
spostrzeżenia. Nigdy nie uważała się za ostatecznie
ukształtowaną i wyuczoną.
Pokornie przyjmowała uwagi na swój temat, chociaż,
jak sama wspominała, zdarzało się, że ratowała
nieprzygotowanych duchownych, pisząc im kazania.
Zwykle pisała i polecała mówić na temat Ducha
Świętego i Jego działania w życiu człowieka. Tak
samo powtarzała ojcu Jurze, gdy ten, widząc duże
zróżnicowanie wiekowe i formacyjne zgromadzonych na
rekolekcjach w Gostyniu, pytał ją, o czym najlepiej
będzie nauczać.
Wiele osób korzystało z prowadzonych na
podwórku Marii rekolekcji. Takie spotkania
wspominają między innymi
Irena Łabul i Leokadia Styś.
Były one jednymi z pierwszych stałych uczestników
charyzmatycznej formacji prowadzonej przez Marię
Jurczyńską. Pani Irena, którą na ulicę Średnią
przyprowadziła koleżanka, opisuje jak wyglądała
organizacja tychże rekolekcji.
Pralnia pełniła funkcję kuchni, w której gotowały
sąsiadki, a na porozkładanych na trawie ławkach i
krzesłach zasiadało około pięćdziesięciu słuchaczy.
Siostra Maria mówiła konferencje na przemian z
kapłanami, następnie wspólnie posługiwała modlitwą
wstawienniczą. Na stole wystawionym w ogrodzie
sprawowano Eucharystię, a później odbywała sie
adoracja. Ludzie z okolicy usłyszawszy, że trwają
właśnie rekolekcje, schodzili się i przysłuchiwali
naukom. Wielu zaczęło później przychodzić na
spotkania, coraz liczniejszej grupy modlitewnej.
Ksiądz Zbigniew Tartak, który współpracował
z Marią, aż do jej śmierci i wspomagał ją w
nauczaniu i modlitwach wstawienniczych, był wtedy
bardzo często obecny. Jeszcze, jako kleryk, po
doświadczeniu modlitwy wstawienniczej, nie przestał
regularnie odwiedzać duchowej matki. Nie miał już
wtedy własnej rodzicielki, więc bardzo szybko
nawiązał z tą kobietą niezwykle serdeczną relację.
Gdy w swojej pierwszej parafii, w Nowej Soli objął
stanowisko wikarego, nie mając własnego samochodu,
przyjeżdżał do Żar autostopem. Na zjazd uczestników
Seminarium Odnowy w Duchu Świętym, które Maria
prowadziła u siebie w domu, zorganizował pielgrzymkę
rowerową. Liczna grupa młodych mieszkańców Nowej
Soli przyjechała na swoich jednośladach. Ich pojazdy
stojące w trawie na podwórku stanowiły ogromne
świadectwo wiary i gorliwości w poznawaniu Boga.
Anna Maria, córka Marii Jurczyńskiej,
wracając pamięcią do tamtych dni, kiedy jeszcze nie
interesowała się wspólnotą prowadzoną przez mamę,
opisuje zaangażowanie ludzi w rozwój duchowy pod
okiem pani Jurczyńskiej. Młodzi przybiegali zaraz po
szkole i siadali przy niej na wszystkich możliwych
miejscach. To było znamienne, że starsza kobieta
przyciągała takie tłumy młodzieży. Byli oni
zachwyceni rześkością jej umysłu i konkretnymi,
bardzo praktycznymi wskazówkami dotyczącymi życia.
Ona znała ich problemy i żyła ich troskami. Była
wymagającą nauczycielką. Wielu wybiegało stamtąd
trzaskając drzwiami w postawie buntu i nieakceptacji
jej surowych wskazań. Potem wracali, mówiąc, że
miała rację i jej porady są skuteczne, choć ich
przestrzeganie jest ciężkie i kosztuje mnóstwo
wysiłku. Niemało osób na jej polecenie zostawiło u
niej swoje papierosy i już nigdy więcej nie
zapaliło. Ludzie rzucali alkohol i inne nałogi.
Odzyskiwali wolność od licznych zniewoleń.
Maria każdemu służyła dokładną modlitwą
wstawienniczą i z ogromną wiarą prosiła o
uzdrowienie. Niejednokrotnie była wysłuchiwana.
Małżeństwa, które się już rozpadały, chwytając się
ostatniej deski ratunku, przychodziły na ulicę
Średnią i po rozmowach oraz modlitwach podejmowały
skuteczną pracę, w celu ratowania związku.
Małżonkowie uczyli się pracy nad sobą, aby tworzyć
rodzinę na wskroś chrześcijańską. Każdy mógł przyjść
ze swoimi problemami o każdej porze dnia i nocy. W
domu Marii niejednokrotnie osoby przychodzące po
pomoc mijały sie w drzwiach. Kobieta często nie
miała ani chwili dla siebie.
Nieraz ktoś przychodzący, aby wyżalić się na
dokuczających domowników, usłyszał gorzką prawdę o
swojej winie. Każdy był wysłuchany i mógł wyrzucić z
siebie wszystkie kłopoty, ale kiedy jego zachowanie
wymagało poprawy, Maria bezwzględnie to pokazywała.
Tak było, gdy pewna kobieta przyszła prosić o
nawrócenie dzieci i męża, którzy się często z nią
kłócili. Maria po krótkiej rozmowie zrozumiała, że
owa niewiasta domaga się od rodziny nielogicznych
postaw i to ona, jest przyczyna konfliktów.
Próbowała przekonać ją, że jej wola, pomimo, iż jest
wierzącą i rozsądną osobą, nie musi być zgodna z
wolą Boga. Kobieta z początku się zgodziła, ale gdy
usłyszała, że ma przeprosić córkę, znów nazwała się
poszkodowaną w tej sytuacji. W kolejnej już godzinie
rozmowy, Maria niestrudzenie przekonywała ją o
potrzebie pokornego przyznania się do błędów. Znów
nastąpiła pozorna zgoda. Pani ta, jednak nie
potrafiła podziękować Bogu, za swoją rodzinę.
Okazało sie, że wciąż jej nie akceptuje.
Charyzmatyczka cierpliwie tłumacząc, w końcu
namówiła obrażoną kobietę na akt przebaczeniem swoim
bliskim i postanowienie szybkiego jednania sie z
rodziną, w razie niesnasek. Tak rozpoczął się dla
niej długi okres starań o spokój w rodzinie.
Zrozumiała, że była najczęstszym zarzewiem sporów.
Zaczęła pierwsza przepraszać i przyniosło to
oczekiwany skutek. Rodzina sie pogodziła i trwała w
serdecznych relacjach nawet, jeśli czasem zdarzały
sie jakieś konflikty.
Spotkania seminaryjne prowadzone przez
panią Jurczyńską, nie były podobne do zwykłego
Seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Maria rozłożyła
zestaw tekstów z Pisma Świętego przeznaczonych
do modlitewnego rozważania przez dziewięć tygodni na
ponad rok. Tak, że perykopa biblijna wyznaczona na
jeden dzień, była przedmiotem refleksji i źródłem
poprawy swojego życia przez cały tydzień. Tłumaczyła
to tym, że w ciągu dnia człowiek przeżywa wiele
przeróżnych sytuacji, na które powinien patrzeć
przez pryzmat Słowa Bożego. W ciągu całego tygodnia,
wydarzenia te mają zupełnie różny charakter i wpływ
na losy i zachowanie. Modląc się i kierując się
codziennie innym fragmentem, nie mamy możliwości
odnieść pojedynczego wyjątku tekstu do zmiennych
kolei losu i wypróbować go w ciągu dłuższego czasu.
Biorąc pod uwagę codziennie inny passus Biblii, nie
zdołamy go głębiej przestudiować i odnieść do
realiów naszego życia w szerszym jego kontekście.
Raz w tygodniu gromadzili sie wszyscy w jej
domu i dzielili się swoimi przeżyciami i
spostrzeżeniami. Panowała atmosfera zaufania i
szczerości. Zresztą, wszystkich obowiązywała
tajemnica i nikt nie rozpowiadał usłyszanych
informacji. Nie był to czas egzegezy i naukowych
wywodów, ale opowiadania o swoim życiu i wpływie
Słowa Bożego na jego zmianę.
Maria często prosiła uczestników o
powtórzenie poznawania któregoś tekstu. Jeżeli ktoś
z grupy źle przeżył ten czas, wszyscy mieli okazje
zagłębić się bardziej w to Słowo. Każdy usłyszał
wprost wskazówki, dotyczące dalszego postępowania
według natchnień Ducha Świętego. Jeśli jakaś osoba
nie przykładała się do pracy lub mimo szczerych
chęci nie poczyniła konkretnej poprawy swojego
życia, nie była dopuszczana przez siostrę Marię do
Wylania Ducha Świętego. Tłumaczyła ona to tym, że po
tym wydarzeniu, każdy powinien podjąć określoną
posługę otrzymanymi darami. Charyzmaty, bowiem nie
są dane dla zbudowania pojedynczej osoby, ale
stanowią wyposażenie do pracy we wspólnocie
Kościoła. Seminarium do tej misji przygotowuje.
Jeżeli zaś, ktoś źle je przeżył, nie powinien się
śpieszyć do zdobycia wielkich darów, aby ich nie
marnować z braku umiejętności pracy nad sobą i
niewiedzy na temat służby.
Duchowe przewodnictwo realizowane
przez Marię miało bardzo budujący wpływ na ludzi,
którzy doświadczyli kryzysów wiary i przeróżnych
dramatów życiowych. Tę działalność dobrze obrazuje
poniższe świadectwo: „Pierwsze
spotkanie z jej osobą miało miejsce w roku 1989,
kiedy to po wyjściu z wojska nie bardzo wiedziałem,
co ze sobą począć i zagubiłem się w sobie i w ogóle
byłem mówiąc delikatnie i skrótowo „niepozbierany”.
Tak działał właśnie wtedy Pan Bóg w moim życiu: Po
rozmowie z obecnym ks. Zbigniewem Tartakiem udałem
się na gruntowną spowiedź do ks. Kulki – obecnego
proboszcza parafii W N M Panny w Żaganiu. Ten
człowiek cierpliwy i życzliwy, widząc, co się ze mną
dzieje wysłał mnie na „modlitwę wstawienniczą” do s.
Marii. Nie wiedziałem ani co to takiego ta „modlitwa
wstawiennicza” ani czego po tym się spodziewać. Po
dłuższym jednak czasie spełniwszy zalecenie
spowiednika stanąłem w progu domu Jurczyńskich.
Kiedy wszedłem do mieszkania na piętrze powitała
mnie serdecznie, ciepło i z radością jakby na mnie
czekała starsza i już wtedy schorowana chodząca o
kulach kobieta. Wyjaśniłem, w czym rzecz. No i
zaczęła modlitwę wstawienniczą – wszystko było inne
niż w tradycyjnym Kościele Katolickim – byłem, więc
zmieszany i targały mną różne myśli i nawet
niepokoje. Byłem bardzo czujny – myślę, że gdyby nie
skierował mnie tam kapłan to nawet było by we mnie
więcej obaw.
Nie mniej jednak w czasie, gdy
wsłuchiwałem się w słowa jej modlitwy – bardzo
proste i rzeczowe, wyrażające sedno problemów, które
mnie dotykały bardzo mocno dziwiłem się skąd ona o
mnie tyle wie. Nie potrzebowałem niczego prostować
ani dodawać, znamiennym była jej trafność precyzja,
z jaką rozumiała wszystko, z czym przyszedłem.
Wydawało mi się, że ktoś jej o mnie wszystko
opowiedział – byłem w szoku. Z wcześniejszej rozmowy
ze mną nie mogła wywnioskować aż tak dużo. Czułem
się akceptowany.
Po wyjściu stwierdziłem, że nic się nie
zmieniło i upewniałem się czy to nie jakieś czary –
zapamiętywałem słowa, w których widziałem jakieś
wskazówki dotyczące mojego życia, ale nie było to
manipulowanie tylko raczej mobilizacja do
samodzielnego wyboru.
Wszystko z czasem zaczęło się układać w
głowie - nic się szczególnego nie zmieniło, ale
wiedziałem, że chcę tam wrócić i szukać dalej – nie
umiałem nazwać tego co się zaczynało zmieniać. Po
kolejnych okazyjnych wizytach i rozmowach z Siostrą
Marią zaczynałem rozumieć coraz więcej. Wyjaśniała,
co to znaczy wolność, jak działa Duch Święty, co to
jest Odnowa w Duchu Świętym. Zrozumiałem, że to nie
Ona mnie znała tylko Bóg mnie znał – Ona była tylko
Jego narzędziem.
Zawsze mówię, że otworzyła mi głowę na
świat – wyrzuciłem wszystkie stare stereotypy
myślenia, kompleksy, skarłowaciały obraz Boga
stworzony niestety przez tak zwaną tradycyjną
religijność. Z czasem przyszło rozumienie, że w tej
kobiecie naprawdę działał Bóg żywy – nie taki jak w
nauczaniu kapłanów, którzy w swoim życiu
chyba nie doświadczyli żywej obecności i działania
Bożego – ot po prostu wykonują swój zawód.
Jej posługa była w pełni charyzmatyczna
trzeba tak to nazwać- w jej osobie działał Duch
Święty. Zawsze tłumaczyła, że istota Odnowy w Duchu
Świętym polega na zaczynaniu każdego dnia od nowa,
jak czystej strony w zeszycie. Co najważniejsze,
pokazywała miłość Boga do każdego z nas i prostymi
słowy wyjaśniała to co w Kościele zostało uwikłane w
terminologię i dziwną grę słów. Prowadziła do wiary
przez rozumienie tej wiary i zaufanie Bogu a nie
jakiejś wierze w Boga.
Co można by
zarzucić tej kobiecie, to chyba to, że była ogromnie
wymagająca, – ale w duchu miłości. Może tak naprawdę
to miłość Boga emanowała przez nią i dało się to
wyczuć w każdej rozmowie. Owszem miała także i swoje
słabe punkty czy upadki, bo jak każdy po przeżyciach
gehenny wojny i ciężkiej pracy nad utrzymaniem i
wychowaniem 10 dzieci nie da się wciąż tryskać
energią. Na pewno piętno wojny zostawiło w jej
osobowości wiele lęków czy asekuracyjnych zachowań”.
Maria Jurczyńska bardzo często czytała
Pismo Święte. Rozmyślała nad Słowem Bożym na
codziennej modlitwie i sięgała po nie prowadząc
modlitwy i konferencje. Właściwie wszędzie chodziła
z Biblią. Co rusz cytowała nawet duże fragmenty i
tłumaczyła je innym.
Zapisywała swoje refleksje w duchowych zeszytach i
polecała tak czynić swoim duchowym dzieciom. Podczas
rozmów pytała o zawartość zeszytu. Tworzenie
wewnętrznych zapisków uważała za minimum pracy nad
tekstem natchnionym. Taki duchowy pamiętnik ukazywał
drogę przemiany człowieka. Niejedna osoba bardzo
ceniła sobie to prowadzenie, gdy Maria czytała ich
zapiski i komentowała je.
Wiele jest świadectw nieocenionej wartości
takiej praktyki. Liczne osoby wspominają konkretną
pracę M. Jurczyńskiej nad każdym. Była bardzo
stanowcza i wymagająca. Owocem tego były liczne
nawrócenia.
Niektóre osoby nie oczekiwały zbyt wiele od
swojej wiary. Myślały, że robią wszystko, co
potrzebne do jej rozwoju, poprzez należenie do
jakiejś grupy przy parafii. Maria wskazywała, jak
znaczący wpływ na żywą wiarę u człowieka ma Odnowa w
Duchu Świętym. Dowodziła również, że zawsze należy
troszczyć się o swoje życie duchowe, bo wciąż może
być lepiej. Nie można lekceważyć okazji do
pogłębienia życia wewnętrznego, bo to prowadzi do
rutyny. Charyzmatyczka pomagała ludziom pozbywać się
takiej obojętności.
Pewien szanowany przez ludzi uczestnik spotkań
usłyszał kiedyś od Marii pytanie: czy ty umiesz
przepraszać swoja żonę? To pytanie nie dawało mu
spokoju, bo wydawało mu sie, że jest „porządnym”
katolikiem. Okazało sie, że faktycznie miał problem
z przeproszeniem żony. Po jakimś czasie zaczął
przepraszać współmałżonkę.
W Marii rozwijało się pragnienie stworzenia
apostolstwa laikatu, jak to nazwała, Apostolstwa
Miłości w Duchu Świętym. Już w roku 1967 otrzymała
takie poznanie, że Bogu podoba się myśl założenia
grupy rozwijającej się duchowo i intelektualnie dla
podźwignięcia narodu z upadku moralnego i pomocy
kapłanom w ratowaniu dusz. Maria, modląc się o
nawrócenie Polaków, zapisała w swoim duchowym
zeszycie:
„I wtedy otrzymałam – ja, niewarta, niegodna,
nulla, Boże takie „nic”- taką niezwykłą łaskę,
Objawienie Myśli Bożej! Wyraźnie, przytomnie,
usłyszanej nie tylko jakimś wewnętrznym i
zewnętrznym słuchu zmysłem… Oto, gdym tonęła w
szczęściu uwielbienia i wdzięczności za łaskę
jutrzejszego poranka – nagle usłyszałam Głos
Najukochańszej Matuchny Jezusowej i Mojej przecież
też; głos zdumiony pytał: sama?! A reszta?!
Boża Nasza Mateńka miała na myśli współwychowanki
Sióstr Niepokalanek i tyle, tyle innych Dusz,
pragnących też (jak i ja) mądrze służyć Bogu, a też
nieumiejących, męczących się…. Wstyd mi się zrobiło
bardzo, żem taka egoistka, że nie pomyślałam o nich,
że nie ja tylko sama męczę się na świecie bezbożnym.
I słyszę dalej: zbierz je wszystkie i złącz w
jedności działania dla miłości mojej -to będą dusze
moje. Towarzyszyły mi pomieszane uczucia lęku,
pokory, pokory ogromnej! Zdumienie i poczucie
nieumiejętności podjęcia takiego zadania”.
Wokół charyzmatyczki gromadzili się ludzie gotowi
podjąć wyzwanie do ekspiacji i konkretnego działania
na rzecz swoistej rewolucji duchowej. Wciąż
brakowało jeszcze oddanych kapłanów, a nade wszystko
miejsca do realizacji Bożych planów. Potrzeba było
budynku, który pomieściłby chętnych do posługi,
potrzebujących, rekolektantów i stanowił dom dla
wspólnoty życia, którą miała w zamyśle Maria.
Przełomem w posłudze Siostry Marii od
Ducha Świętego była wizyta ojca Toma Forresta,
ówczesnego przewodniczącego Międzynarodowego Biura
Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej (ICCRO). W 1980
roku odwiedzał bardziej znaczące ośrodki Odnowy.
Maria była wtedy świecką koordynatorką Odnowy w
Duchu Świętym w diecezji gorzowskiej.
Charyzmatyk przyjechał do jej domu na
ulicę Średnią 10 w Żarach, 12 listopada.
Wygłosił konferencję, tłumaczoną przez Stanisławę
Kurzeję. Wysłuchało jej siedemnaście osób. Między
innymi dwóch księży: Władysław Kulka i Stanisław
Gręś. Byli tam również obecni przedstawiciele grup.
T. Forrest mówił o dwóch rodzajach cudu: ważnym,
czyli upragnionym przez człowieka i koniecznym,
czyli takim, który jest na prawdę potrzebną. Czasem
czegoś oczekujemy od Boga i jest to dla nas ważne,
ale nie jest nam koniecznie potrzebne. Oba te
kryteria spełnia cud kochania miłością
Chrystusową i cud umierania dla siebie.
Przez dwa dni T. Forrest odprawiał w domu Marii
Eucharystię, służył wszystkim zebranym modlitwą
wstawienniczą. Na koniec modlił się nad Marią
Jurczyńską. W chwili, gdy prosił za nią, nagle w pół
słowa zamilknął. Trwał w ciszy przez jakiś czas, po
czym wypowiedział skierowane do Marii słowa
proroctwa: „ Pan Jezus przekazuje ci teraz
dar specjalnej służby dla kapłanów, kleryków,
zakonów. Zabiera ci wszelką tremę, obawę. Otrzymasz
moc Ducha Świętego, miłość i mądrość i będziesz
dusze ich uzdrawiała i uwalniała od złego ducha".
Siostra Maria nazwała to później cegłą na swoją głowę, gdyż
często między nią a klerem dochodziło do licznych
nieporozumień. Była osobą dość gwałtowną i gdy
uznawała coś za słuszne, dążyła do tego z ogromną
determinacją. Bardzo często spotykała sie z takim
niezrozumieniem, że tylko głęboka modlitwa
przynosiła jej pokój. Widziała olbrzymią potrzebę
ciągłego nawracania. Ale nie siłą, czy samym słowem,
ale własnym przykładem i
chrześcijańską miłością. Pomimo takiej postawy,
jednak coraz częściej zdarzały się sytuacje
konfliktowe między nią a księżmi.
Zresztą nie czuła się kompetentną do, jak
to nazwała, nawracania kleryków. Jednak całe życie
pytała o ważne sprawy Pana Boga, zawsze starała się
szukać Jego woli. Nie chciała, żeby decyzje
podejmowane były pod wpływem emocji. Maksymą jej
było „nigdy Bogu nie odmówić”, więc przyjęła
tą wiadomość w duchu uwielbienia Pana za Jego
hojność, choć nie miała jeszcze pojęcia jak tą wolę
Stwórcy pełnić. Charyzmatyk otrzymał jeszcze prezent
od męża Marii- jego czarny kapelusz, który bardzo
się gościowi spodobał. Córka charyzmatyczki wciąż
przechowuje odpowiedź kapłana na list od Marii. W
tekście z
14 kwietnia 1982 roku przewodniczący ICCRO dziękuje za zaangażowanie kobiety w
dzieło zapowiedziane w proroctwie, dodaje jej
otuchy, opisuje wizytę u ojca świętego Jana Pawła
II, prosi o modlitwę w intencji realizacji w Rzymie
dużych rekolekcji charyzmatycznych dla kapłanów
oraz… dziękuje za ofiarowany kapelusz.
Tom Forrest po modlitwie nad Marią
odjechał.
Ledwie minęła godzina od wyjazdu ojca, a listonosz
dostarczył telegram do siostry Marii o takiej
treści: „Czy Pani może przyjechać, by
poprowadzić skupienie dla kleryków w Seminarium?
Prosimy o telegraficzną odpowiedź.”
Ta wiadomość od księdza profesora Jerzego Świątka z
Łodzi była dla Marii powodem do wielkiego
zadziwienia nad mądrością Bożą. Nie rozumiała, jak
to się może stać, że w Seminarium Duchownym
niewykształcona teologicznie, schorowana kobieta ma
prowadzić rekolekcje. Jednak miała zwyczaj o
wszystkich pilnych sprawach rozmawiać ze Zbawicielem
przed obrazem zawieszonym w swoim pokoju
przedstawiającym Serce Jezusa. Po każdym wyjeździe,
czy nauczaniu, jeszcze zanim zdjęła okrycie
wierzchnie, od razu szła do pokoju z długopisem i
zeszytem w ręku prosząc Pana, aby podyktował swoje
uwagi odnośnie jej posługi. I wtedy zwróciła się w
modlitwie o poradę, co ma z tym telegramem zrobić.
Usłyszała wewnętrzny głos, tak silny, że miała
wrażenie, iż wszedł ktoś do pokoju. Odpowiedź
brzmiała: „Nigdy nie odmów Mi, nigdy nie
mów Mi „nie”.
Mąż kobiety, który powrócił właśnie z
pracy, jak zwykle był bardzo opanowany poradził jej,
aby poszukała odpowiedzi w Słowie Bożym, jeżeli ma
jeszcze jakieś wątpliwości. Maria otworzyła tekst
mówiący o łasce od Pana. Wiedziała, że nie powinna
się już lękać. W odpowiedzi na telegram napisała, że
przyjmuje tę wolę Bożą i prosi o modlitwę. Jednak
już tego samego dnia jej stan zdrowia tak bardzo się
pogorszył, że choć miała już mnóstwo pomysłów na
nauczania, nie przygotowała się ani trochę. Zdążyła
tylko poprosić okoliczne grupy o modlitewne i
ekspiacyjne o wsparcie.
Zawsze postępowała w ten sposób. Nigdy nie
wybierała sie na służbę zupełnie sama licząc na
własne siły. Nawet, jeśli jechała w pojedynkę,
zawsze prosiła wspólnoty o modlitwę. Dolegliwości,
jakie ją spotkały odebrała, jako znak Pana, aby nie
liczyła na swoją mądrość, ale dała się we wszystkim
prowadzić swojemu umiłowanemu Duchowi Świętemu.
Stan jej zdrowia był bardzo poważny-
ciśnienie 240, stan przedzawałowy, stawy kolan mocno
ją bolały. Codziennie było w jej domu mnóstwo osób,
które polecały ją w przeróżny sposób miłosiernemu
Bogu prosząc o życie, o zdrowie. Chcieli pomóc, ale
i oni byli dużym obciążeniem dla ledwie żywej
kobiety. Ona była gotowa na śmierć,a zgromadzeni
prosili, aby Pan Bóg pozostawił ją wśród żywych.
Tak, dzień po dniu, upłynęły dwa miesiące, które
Maria chciała przeznaczyć na przygotowania, lecz to
się zupełnie nie udało. Skupienie miało się odbyć w
dniu 13 stycznia 1981 roku. Ostatniego dnia z
wielkim wysiłkiem wyszła z łóżka i zapowiedziała
mężowi, że dziś już nikogo nie przyjmuje, bo chce
przygotować sobie, chociaż plan skupienia. Goniec z
telegramem jednak pokrzyżował jej zamiary. Rektor
prosi o przybycie dzień wcześniej. I w tej sytuacji
Maria dała świadectwo swojej wiary. Stwierdziła, że
widocznie jej predyspozycje do poprowadzenia takiego
ważnego spotkania nie są wystarczające, a Bóg dla
„swoich kochanych kleryków”
wszystko chce sam uczynić. Z pomocą męża wsiadła do pociągu i po krótkiej modlitwie,
zanim zasnęła ze zmęczenia, napisała na skrawku
gazety, że ma mówić trzy półtoragodzinne konferencje
o tym, po co klerykom seminarium, o Odnowie w Duchu
Świętym, o wielbieniu Boga.
Po przyjeździe Maria poprosiła ojca duchownego, aby
mogła nocować u koleżanki, gdyż pomoże jej ona w
toalecie porannej i ubraniu się, co w takim stanie
zdrowia sprawia jej znaczne problemy. Kapłan
przerażony tym stwierdzeniem, postarał się o
natychmiastową poradę lekarską u ojców bonifratrów.
Lekarz był zszokowany fatalnym stanem serca i całego
organizmu kobiety oraz oburzony, że tak chora osoba
wybrała się w podróż. Radość Marii uznał za
niedorzeczną. Charyzmatyczka powiedziała jak często
zwykła mówić: „a czy Pan Bóg o tym wie?”.
Były to słowa, które nawet w najgorszej sytuacji
dodawały nadziei. Jak sama tłumaczyła przychodzącym
do niej ludziom, tak i temu zakonnemu lekarzowi;
skoro Pan Bóg nas stworzył, kocha nas największą i
wierną miłością oraz jest wszechmogący i wie
wszystko, co dzieje się w naszym życiu, czego ma się
bać człowiek? Jeżeli Bóg zechce przyciągnąć ją do
siebie, to obojętne jest, czy uczyni to w domu, w
pociągu, czy w seminarium duchownym.
Właśnie wola Boża była dla Marii wyznacznikiem
życiowych decyzji. Chciała robić tylko to, co się
Bogu podoba. Mówiła: „Wola Boża najświętsza i
najmędrsza i kochana!” Brat był pod takim
wrażeniem, że nie wziął pieniędzy za badanie i
przyniósł Marii całe pudełko obrazków.
W seminarium, jeszcze zanim zaczęła mówić
konferencje, klerycy wypytywali ją już o różne
sprawy, gdyż byli bardzo ciekawi charyzmatów,
posługi i Odnowy w Duchu Świętym. Pomimo swoich
schorzeń rozmawiała i modliła się sie nad
sześćdziesięcioma klerykami. Nie miała przy tym
czasu na jedzenie i odpoczynek. Po dwóch dniach
powróciła do domu. Klerycy opowiadali swoim
kierownikom duchowym, że doznawali uzdrowień
duchowych, ale także fizycznych. Tak rozpoczęło się
to dzieło Boże, któremu Maria Jurczyńska była oddana
bez reszty do końca swoich dni. Odtąd otrzymywała
liczne zaproszenia do nowicjatów, seminariów
duchownych, zakonnych i diecezjalnych, aby
prowadzić rekolekcje, dni skupienia, seminaria,
zjazdy.
Również w jej domu, w drzwiach stawał stale ktoś
inny, prosząc o wsparcie modlitewne, otwierając się
przed Marią jak przed żadnym spowiednikiem.
Maria miała zwyczaj powierzania swoich gości Panu
Bogu już zanim ich ujrzała. Członkowie jej rodziny,
jak i stali bywalcy wspominają, że gdy tylko
usłyszała szczekanie psa, pukanie do drzwi, czy
kroki na schodach już modliła się za tą osobę, która
za chwilę się u niej zjawi. Za każdego od razu
dziękowała i modliła się w intencjach, z jakimi
przychodzi.
Starała się być dla każdego dyspozycyjną. Ucząc
posługi, powtarzała jak ogromną rolę pełni gotowość
służenia braciom i wielka miłość do ludzi. Mówiła,
że nie można pomóc komuś, jeżeli się go po prostu
nie kocha.
Nazywana była mamą i tak też się zachowywała. Dniem
i nocą gotowa była odpowiedzieć pozytywnie na prośbę
o modlitwę wstawienniczą, czy egzorcyzm.
Dwa miesiące po pierwszym wyjeździe do Łodzi na
spotkanie z klerykami, została zaproszona po raz
drugi w to samo miejsce, ale z zaznaczeniem, że na
dłużej. Większa liczba studentów chciała skorzystać
z posługi siostry Marii. Zauważono, że nawet przy
bardzo dobrym prowadzeniu przez ojców duchowych w
młodych mężczyznach były sprawy nie do końca oddane
Bożemu władaniu.
Seminarzyści po wielokroć nie zdawali sobie sprawy z
własnych ograniczeń i słabości. Byli wychowywania na
przyszłych kapłanów i czasem wydawało im się, że Pan
Bóg w dniu święceń zabierze im wszystkie błędy bez
ich wcześniejszej pracy nad sobą. Siostra Maria od
Ducha Świętego, wiedziała, że tak nie będzie i
powtarzała im wiele razy o konieczności
kształtowania w sobie ducha służby i mocnego
charakteru, aby nie uginać się w chwilach
zniechęcenia. Wciąż dawała wyraz swojej ogromnej
miłości do kleryków. Szanowała ich, jako przyszłych
spowiedników, już widziała w nich drugiego
Chrystusa. Bardzo zależało jej na jak najlepszym
wychowaniu alumnów do wielce trudnej posługi.
Powtarzała, że każdy ksiądz potrzebuje modlitwy
wstawienniczej, gdyż nikt nie jest wolny zupełnie ze
zranień duszy i choroby ciała. Tym bardziej każdy
kleryk powinien, jeśli tylko ma intencję zerwać z
grzechami i doświadczyć wolności i szeroko
rozumianego zdrowia, pozwolić na otoczenie go taką
modlitwą. Swoich seminarzystów traktowała jak matka,
czule, ale też wymagała od nich posłuszeństwa i
pracy.
Mawiała: „neoprezbiter nie staje się
"świętym" przez samo otrzymanie święceń. Tę osobistą
świętość będzie miał w takim stopniu, w jakim ją
sobie sam wymodli i wypracuje od
pierwszego dnia pobytu w seminarium.
Pan dał jej dar poznania, dzięki któremu
bardzo trafnie nazywała stan duszy prowadzonych
osób. Bywało, że miała dokładne poznanie grzechów, z
jakimi ktoś się borykał. Dla dobra dusz potrafiła
twardo nazwać rzecz po imieniu, pouczyć czy nawet
złajać kogoś, jeśli twierdził, że nie można mu nic
zarzucić. Podkreślała olbrzymią rolę szczerości.
Mówiła, że Pan Bóg jest w stanie zaradzić wszystkim
problemom, jeśli są uczciwie wypowiedziane. Jednak
nigdy nie podejmowała modlitwy nad kimś, kto z
własnej woli nie chciał sie otworzyć. Nigdy nie
zmuszała, jedynie opisywała siłę Bożego działania
przy rzetelnym zawierzeniu sie Zbawicielowi. Nie
było jednak w tym przymusu a jedynie zachęta do
przyjęcia daru wolności od Chrystusa.
Jeżeli już ktoś zadeklarował się, że chce
iść tą drogą, była bardzo wymagającą przewodniczką.
Tak miało miejsce na przykład, gdy nieprzygotowanym
klerykom zarzuciła
świętokradzkie Komunie Święte i niegodne spowiedzi.
Trafiła w samo sedno. W bardzo jasnych słowach
udzieliła im reprymendy. Pouczyła o rozeznawaniu
duchów i zachęcała do dania posłuchu dobremu
duchowi. Zaleciła rozmowy z kierownikami, wykazując,
iż jasno sprzeciwiają się swojemu powołaniu i w ten
sposób zażegnała długo już trwający proceder
przemilczania problemów i kryzysów na rozmowach
duchowych.
W roku 1981 miał się odbyć IV Międzynarodowy Kongres
Charyzmatyczny w Rzymie. Polska otrzymała pięć bezimiennych
zaproszeń na to spotkanie zaplanowane na termin od 5
do 9 maja. Ojciec Thomas Forrest, który poznał
siostrę Marię osobiście, gdy nie znalazł jej na
przysłanej liście z Polskim składem delegacji, sam
zarezerwował jej miejsce w hotelu i wysłał ekspresem
wypisane na Marię Jurczyńską zaproszenia na Kongres
do jej prywatnego domu i do Warszawy. Jednak
posiadanie zaproszenia nie było najważniejszym
dokumentem, jakiego Maria potrzebowała. Do spotkania
w Rzymie zostało tylko trochę ponad tydzień, w tym
dni Świąt Wielkiej Nocy i pierwszy maja, a
charyzmatyczka nie posiadała paszportu, ani
pieniędzy na podróż.
Tak jak zwykła robić, chcąc załatwić jakieś
sprawy na milicji lub urzędzie, najpierw gorąco
modliła się sie za funkcjonariuszy, z którymi będzie
rozmawiać. Prosiła aniołów stróżów tych urzędników i
wychodząc z domu zabrała ze sobą opisywaną w tejże
pracy książkę Wilkersona
Krzyż i sztylet.
Gdy tylko znalazła się przy właściwym milicjancie
wyciągnęła tą książkę i zaciekawionemu kolorową
okładką zaczęła ją reklamować. Powiedziała, że jest
tam opisane jak pastor zmieniał życie hipisów. Jak
sama opisuje na pytanie, jakim sposobem, odrzekła,
„Przekona się pan z niej, że z młodzieżą zdeprawowaną można
dać sobie radę za pomocą miłości, a nie pałek
milicyjnych”.
Przez dwa następne miesiące książka pozostała na
komendzie, co było przyczyną wielkiej radości Marii.
Nie ma jednak pewności czy funkcjonariusze ją
czytali. Maria
przychodziła codziennie prosząc o szybsze
rozpatrzenie jej prośby o paszport. Przy tych
wizytach kobieta przynosiła książki i broszury na
temat chrztu świętego, spowiedzi świętej, nawrócenia
i życia duchowego oraz próbowała rozmawiać z
funkcjonariuszami na tematy związane z wiarą.
Ostatecznie Maria trzeciego maja otrzymała
niezbędny dokument, dzięki czemu następnego dnia
mogła wylecieć na kongres do Wiecznego Miasta. Przed
wyjazdem, zanim otrzymała paszport, godząc się już
na niepowodzenie w tej sprawie, dziękowała Bogu za
radość bycia zaproszoną. Usłyszała wtedy wewnętrzny
głos, który odpowiedział jej, że pojedzie, gdyż taka
jest wola Boża. Otrzymała też proroctwo
zapowiadające jakieś straszne wydarzenie w Rzymie.
Kartka z tą wiadomością spoczywała w teczce, którą
zabrał ks. prałat Dembowski.
Na kongres, któremu przewodniczyli:
kardynał Suenens i ojciec Tom Forrest, spośród 96
krajów przyjechało 600 liderów. W skład polskiej
delegacji weszło pięć osób: ks. B. Dębowski z
Warszawy, J. Pawlak z Łodzi, ks. M. Piątkowski z
Poznania, ks. Schulz z Piotrowa i Maria Jurczyńska z
Żar.
Ojciec Święty przyjął ich na
czterogodzinnej audiencji. Razem z nimi modlił się
spontanicznie w ogrodach watykańskich. Sama Maria
wspomina, że papież podnosił ręce i śpiewał z nimi,
również w językach. Oprócz animatorów świeckich
obecnych było 180 kapłanów i biskupów.
Już po tym spotkaniu, późnym wieczorem Polacy w
trakcie kolacji byli wyraźnie zasmuceni. Przyczyną
ich strapienia była chęć rozmowy z Ojcem Świętym.
Jeszcze w trakcie kolacji poproszono księdza
Dembowskiego do telefonu. Prałat Dziwisz dzwoniąc z
sypialni papieskiej, zapraszał ich, na Mszę
Świętą i spotkanie z papieżem, które miało się
odbyć następnego dnia rano. Podczas audiencji ksiądz
Dembowski zapytał Jana Pawła wprost o jego
nastawienia do Odnowy w Duchu Świętym. Ten, wyraźnie
rozbawiony odpowiedział: „A wy co, myślicie, że
wczoraj udawałem?” Atmosfera otwartości i
braterstwa, jaką wprowadził papież ośmieliła księdza
Piątkowskiego oraz Dembowskiego do prośby, aby
wypowiedział się na temat proroctwa o. Toma Forresta,
które polecało służbę kapłanom i osobom zakonnym
modlitwą wstawienniczą i egzorcyzmem. Ojciec Święty
po krótkim namyśle wziął Marię za rękę i powiedział
jej: "Jak najbardziej! Pan Bóg w dziele zbawienia
również użył niewiastę. Nie musiał tego czynić, ale
tak chciał, bo Bóg stworzył kobietę na matkę lub
siostrę i obdarzył ją subtelnym rozeznaniem. Jeżeli
kapłan mający problem zechce go przedstawić drugiemu
kapłanowi, nawet przyjacielowi, aby go zrozumiał,
najczęściej tego się nie uda, bo spotkają się dwa
umysły, które tylko na rozum różne rzeczy będą sobie
tłumaczyć. A tymczasem tenże sam kapłan nawet wielce
uczony, pojedzie do swojej matki, gdzieś na wieś,
nawet do analfabetki i jej przedstawi swoje
problemy, a ona mu je w mig rozwiąże intuicją
matki, intuicją kobiety. I dlatego nie tylko
pozwalam, ale dziękuję Siostrze za to, co Siostra
czyni i proszę, żeby to Siostra nadal czyniła i
udzielam swojego specjalnego pozwolenia i
błogosławieństwa i obiecuję pamiętać w modlitwie".
Gdy wizyta się kończyła dodał jeszcze: "Przekonasz
się Siostro, że nawet w konfesjonale kapłan, czy
kleryk nie otworzy się tak, jak przed tobą!".
Zapowiedź papieża była bardzo trafna. Od wielu lat
Maria była powiernicą spraw i słabości ludzkich. Po
powrocie z Watykanu nie miała dnia dla siebie. Nie
zaniedbywała jednak swoich obowiązków domowych.
Upewniała się, że domownikom niczego nie brakuje, a
dopiero wtedy wyjeżdżała na kolejne rekolekcje.
Zawsze powtarzała, że „milsze posłuszeństwo niźli
nabożeństwo”. Uczyła tego rodzinę i
przychodzących po formację ludzi. Jeśli spostrzegła,
iż ktoś przybywa na seminarium, lub spotkanie
modlitewne kosztem swoich bliskich i tak zwanych
obowiązków stanu, polecała im wrócić do domu i zająć
się praniem, gotowaniem, pracami remontowymi i tym
podobne. Bo nie może być tak, że rodzina będzie
poszkodowana przez to, iż ktoś chce się dłużej
modlić. Zniechęca to domowników do praktykowania
wiary. Słowa takiej osoby nie są w stanie nikogo
zmienić, jeśli na przykład dzieci chodzą głodne do
szkoły. Na jednej z kaset magnetofonowych z
zarejestrowanym nauczaniem, można usłyszeć
konferencję głoszoną razem z księdzem Drzewieckim w
Głusku. Maria tłumaczyła w niej między innymi, że
mówić o Jezusie trzeba w odpowiednim czasie oraz w
odpowiedni sposób. Tak, więc mężowi, który wrócił
zmęczony z pracy należy najpierw podać obiad i
pozwolić odpocząć, a dopiero potem można mu
proponować modlitwę, czy próbować nakłaniać do
jakiejś innej formy pobożności. Zresztą Siostra
Maria wciąż kładła nacisk na uprzednią pracę nad
sobą, a dopiero później pozwalała próbować zmieniać
coś w innych. Głosiła, że ewangelizacja powinna
zacząć się od modlitwy i miłości oraz przykładu
życia, a na samym końcu można rozeznawać czy kogoś
pouczyć. Najpierw potrzeba kochać człowieka takim,
jakim jest i pamiętać, że za takiego właśnie
Chrystus umarł na krzyżu. Nawet, jeśli stanowczo
kogoś kształtowała i miała wiele uwag, które
wypowiadała w nieraz ostrych słowach, traktowała
wszystkich bardzo sprawiedliwie i nikogo nie
poniżała.
Pomimo faktycznej troski o dom i domowników, nie
zawsze rodzina była zadowolona ze służby Marii.
Dorosłe już potomstwo oczekiwało, że babcia ich
dzieci będzie stale dostępna. Wizyty nieznanych
gości i częste wyjazdy denerwowały czasem
nierozumiejące wagi tej służby pociechy. Maria
próbowała delikatnie zachęcać je do otwarcia sie na
drugiego człowieka, który przychodzi po pomoc, ale
też rozumiała ich pretensje. Rodzina państwa
Jurczyńskich była bardzo religijnie wychowywana.
Wszyscy szanowali niedzielny obowiązek
uczestniczenia w Eucharystii, czy wiele innych
religijnych zwyczajów. Mimo istnienia na początku
jedynie jednej parafii i związanych z tym
niedogodności, między innymi dużej odległości od
kościoła, wszyscy chodzili na Msze Święte, pierwsze
piątki, czy przeróżne nabożeństwa. W domu zawsze
panowała atmosfera wiary, jednak dzieci nie do końca
podzielały apostolskie zaangażowanie matki i
buntowały się na jej ofiarę i trud. Nie podobało się
im, że chora kobieta martwi sie bardziej o losy
obcych ludzi, niż o własne zdrowie. Siostra Maria
próbowała uzmysłowić im, że nie każdy ma szczęście
pochodzić z wierzącej rodziny. Nie każdy ma wokół
siebie życzliwych ludzi i trzeba pomagać
potrzebującym. Ale dzieci pozostające na poziomie
tradycyjnej pobożności, nie pojmowały tak wielkiej
potrzeby matki, aby poświęcić swoje życie na służbę
obcym.
Maria Jurczyńska, choć nigdy nie planowała
zamążpójścia i rodzenia dzieci, a zawsze pragnęła
życia zakonnego, spędzonego na postach, ekspiacjach,
modlitwach i pracy, pokochała mężczyznę, z którym
przyszło jej dzielić los. Dla dzieci stała się dobrą
matką. Tak realizowało sie w jej życiu pełnienie
woli Bożej i umieranie własnych zamiarów i dążeń.
Nazywała to umieraniem sobie. Całym sercem wyrywała
sie do pełniejszego życia duchem, a jak najmniej
ciałem. W życiu małżeńskim nie mogła jednak
realizować jedynie własnych pomysłów. Zawsze liczyła
sie z opinią męża.
W domu
państwa Jurczyńskich cały czas były jakieś babcie,
ciotki, które wspierały Marię w wychowywaniu dzieci.
Córka Marii, Anna wspomina wspólne prace w dużym
ogrodzie. Wiele rzędów ziemniaków i innych jarzyn
trzeba było plewić i doglądać. Te
czynności były stałym zajęciem dzieci małżeństwa
Jurczyńskich. Było to bardzo cenne wychowanie do
pracowitego i odpowiedzialnego życia. Dzieci mogły
liczyć na czas przeznaczony na zabawę, ale najpierw
miały zatroszczyć się o porządek w domu i w
ogrodzie. W ten sposób uczyły sie szacunku do trudu
starszych i dobrego gospodarowania dobrami
materialnymi. Warzywa stanowiące plon ich pracy były
zapasem na zimę.
Często z tego pożywienia korzystali głodni
sąsiedzi, czy znajomi. Każdy przychodzący
potrzebujący otrzymał, choć trochę chleba, czy
talerz zupy.
Oczywiście sama Maria korzystała z pomocy innych
osób, na przykład Haliny Strojnowskiej. W swojej
refleksji na temat posługi siostry Marii kobieta
opisuje jak charyzmatyczka pomogła jej, pozostając w
ich wzajemnych relacjach zwyczajną kobietą, panią
domu. „Marię poznałam, jako 19 letnia dziewczyna. Pewien ksiądz
polecił mi jej osobę. Maria zaimponowała mi swoją
głęboką wiarą i służbą. Zawsze znajdowała czas, by
komuś posłużyć. Z czasem nasza znajomość przerodziła
się w swego rodzaju przyjaźń.
Przyjeżdżałam do Marii na noc fatimską i zostawałam
na noc. Jako, że byłam ekspedientką w sklepie,
często pomagałam jej zaopatrzyć się w trudne w
tamtych czasach do zdobycia artykuły przemysłowe.
Dużo wtedy rozmawiałyśmy. Ona rozeznała mi, że
powinnam z mężem zamieszkać w Kunicach Maria bardzo
często mówiła o Bogu. Był stale obecny w tym, co
mówiła”.
Pan
Stanisław zajmując się pracą zarobkową i dzierżąc
finanse domu, załamywał nieraz ręce, kiedy brakowało
funduszy na opłaty, bądź zakupienie jakiś
niezbędnych rzeczy. Nigdy jednak, nie wypominał
żonie jej apostolskiej pracy. Zawsze modlili się
wspólnie o Bożą pomoc i ufni w jej rychłe nadejście,
nie zaprzestawali pomocy bliźnim. Właściwie jedynie
kwestie finansowe, były w stanie wyprowadzić
małżonka Marii z równowagi. Jednak dzięki
wierze i własnej przedsiębiorczości szybko zaradzał
tym problemom. Taki obraz rodziców pozostał w
dzieciach i jest dla nich świadectwem tego, jak
pięknie można przeżyć swoje życie wraz z Bogiem.
W
Łódzkim seminarium Maria prowadziła często spotkania
modlitewne, więc rozentuzjazmowani klerycy poprosili
ją o poprowadzenie Seminarium Odnowy w Duchu
Świętym. Z powodu dużej odległości większość spotkań
formacyjnych przypadło w udziale kapłanowi z
Warszawy, który, niestety, będąc wikariuszem, nie
był w stanie sprostać tak dużym wymaganiom. Gdy
Maria przyjechała przed wyznaczonym terminem wylania
Ducha Świętego zobaczyła, że alumni nie są
odpowiednio przygotowani. Przez tydzień nadrabiała z
nimi zaległości. Mężczyźni chcieli, aby modlitwy nad
nimi były odprawiane poza murami seminarium.
Znaleziono kaplicę przy kościele, zaproszono gości
duchownych i świeckich. Gdy uroczystość się zaczęła,
odezwały się dzwony. Wszyscy zdali sobie sprawę z
powagi sytuacji, w jakiej sie znaleźli. Tuż obok
odbywał sie pogrzeb. Niektórzy narzekali, że jednak
źle wybrano miejsce. Siostra Maria powiedziała
wtedy, że przecież chrzest w Duchu Świętym jest
czasem umierania w sobie, śmierci grzechu, aby móc
rozpocząć nowe życie z Bogiem. Wszyscy bardzo się
uradowali tą uwagą i jeszcze goręcej modlili się o
przyjście Boskiego Parakleta.
W 1982 roku Maria została zaproszona do
Sanktuarium w Siecznej, gdzie znajdował się Dom
Nowicjacki, miała przeprowadzić tam seminarium w
Klasztorze, skierowane dla nowicjatu. Ojciec Błażej
Sekuła w 1981 roku sam skorzystał z modlitwy
wstawienniczej. Choć miał wątpliwości, czy przyjść
do poznanej w Gostyniu charyzmatyczki. W napisanym
przez siebie dokumencie o skutkach współpracy z
Siostrą Marią wyznał, że prawie spowiadała. Bardzo
dokładnie badała serce, a poprzez jej modlitwę wielu
otrzymało zdrowie duszy i ciała.
Sam wychowawca nowicjatu, powiedział o owocach
posługi tej skromnej kobiety:, „Kiedy Maria jest
w Klasztorze, nowicjat staje się lepszy, bardziej
cichy, skupiony i trwa w nieustannej modlitwie".
W dniu 13 sierpnia 1982 roku, klerycy i
ojcowie przeżyli wylanie Ducha Świętego. Maria
przybyła wraz z wieloma animatorami i kapłanami z
Zielonej Góry, Gorzowa, Żagania. Coraz częściej
Maria była zapraszana do seminariów duchownych.
Również już wyświęceni tłumniej przychodzili, aby
skorzystać z posługi niepozornej, coraz bardziej
podupadającej na zdrowiu kobiety.
Prowadziła seminarium Nowego Życia w Duchu
Świętym między innymi dla kleryków seminarium
zakonnego ojców oblatów Maryi Niepokalanej w Obrze.
Rektor tego zgromadzenia okazał się bardzo
przychylny, stąd Maria spędziła tam wiele
pracowitych dni i bezsennych nocy spędzonych na
nauczaniu, modlitwie i rozmowach duchowych.
Pierwsze seminarium Odnowy
przeprowadziła wraz z księdzem Piątkowskim i grupą
świeckich. Maria omodliła wtedy około stu młodych
mężczyzn. Następne poprowadziła sama dla poprzednich
uczestników, którzy zafascynowani tą duchowością i
taką formą rekolekcji dołączyli do nowej grupy 44
kleryków. Z ojcem prowincjałem przeprowadzili serię
rekolekcji dla sióstr Świętej Rodziny. Otrzymała po
nich reportaż z zakonnego czasopisma „Mozaika”,
w którym artykuły o Odnowie pisał ojciec Kazimierz
Lubowicki.
Reportaż ten został zredagowany przez brata Marka
Okołowskiego. Maria mogła w nim przeczytać o
pięknych przeżyciach kleryków i o odbiorze jej
osoby w środowisku seminaryjnym. Były tam
przytoczone świadectwa młodych mężczyzn. Nazywali ją
matką, opisywali nawrócenia, modlitwy wśród łez,
pełne odczuwalnej obecności Boga. Pisali o tym, że
obawiali się, czy rozmowa i rekolekcje ze starszą
kobietą będą dobre. Maria obudziła w nich nowe
pragnienie świętości i przestrzegała przed
zagrożeniami powołania. Wskazywała metody radzenia
sobie z różnymi grzechami i zniewoleniami.
Ostrzegała przed przyzwyczajeniem, które zabija w
kapłanie ducha służby. Alumni pisali również, że
doświadczenie modlitwy wstawienniczej otworzyło im
oczy na Boga i drugiego człowieka. Niejeden został
uzdrowiony i zaczął gorącej pragnąć żywej relacji do
Pana Boga. Wielu opisuje początkowo sceptyczne
podejście do nauk głoszonych przez osobę świecką,
bez wykształcenia teologicznego i to kobietę.
Posługa wstawiania się za nimi
wywoływała jeszcze większe kontrowersje. Nie mieli
chęci otwierać się przed nią. Ale po tym spotkaniu
wielu zaczęło doceniać głęboką duchową formację i
dążyć do rozwoju życia wewnętrznego a nie jedynie
intelektu. Maria przekazała im oczekiwania ludu
wobec kapłanów, którzy mają być jak drugi Chrystus.
Dała wiele trafnych porad, dotyczących zachowania
gorliwości w życiu kapłańskim, pomimo zderzenia się
neoprezbitera ze światem poza murami seminarium.
Radziła, jak reagować na zniechęcenie starszych
kapłanów, aby nie popaść w rutynę. Charyzmatyczka
zachwyciła ich działaniem Ducha Świętego i mnogością
Jego darów. Pisali, więc o zaskoczeniu wywołanym
znajomością ich problemów i spraw początkowo
zatajonych na modlitwie wstawienniczej. Maria
zadawała im pytania pomocnicze, które ukazywały im,
że Bóg dobrze ich zna i chce uwalniać przez służbę
pani Jurczyńskiej Byli jej bardzo wdzięczni i
koniecznie chcieli podtrzymywać kontakt ze swoją
„mamą”.
Łódź, Arturówek, Obra, Paradyż
Pieniężno, Osieczna, Gostyń, Poznań, Chludowo,
Głusko i około piętnastu miejscowości na Śląsku i
wiele miejscowości na terenie rodzimej diecezji
stało sie polem bitwy o prawdziwą i ofiarną wiarę
wielkiej liczby osób. Maria wspominała około prawie
dwa tysiące kleryków, którym służyła modlitwą.
Trzystu kapłanów, którym pomogła powrócić na drogę
gorliwej służby Bogu. Gdy została zaproszona do
nowicjatu w Osiecznej, ks. Piątkowski prowadził tam
rekolekcje dla proboszczów. Maria miała służyć
modlitwą wstawienniczą. Kapłan jednak postanowił
posłać kobietę na głębokie wody. Już od drzwi
zapowiedział, że za kilka minut zacznie się
konferencja, którą przybyła ma wygłosić. Nauki te
miały być zapisywane do dziennika. Maria mówiła, co
jej Duch Święty podpowiadał, ufając w Jego pomoc.
Zresztą często powiadała: Duchu Święty! Kochany!
Jakżeś taką gapę sobie wybrał, to teraz za nią mów.
Ileż pokory musiała mieć w sobie
kobieta, która nieustannie zmagała się z
niezrozumieniem ze strony kleru. Trzeba jej było nie
ulec mało chlubnej możliwości zatriumfowania nad
zgromadzonymi proboszczami. Mogła im zacząć wyrzucać
brak zaangażowania i zrobić rachunek sumienia.
Zamiast tego zaczęła mówić spokojnie o Duchu Świętym
i Jego działaniu w duszy człowieka. Następnie
posługiwała modlitwą wstawienniczą obecnym na
spotkaniu księżom i młodzieży w wieku od 19 do 22
lat.
Maria przytaczała później sytuację
zaistniałą w tymże seminarium. Jeden z młodzieńców
usiadł przed nią i pytał: a nie powie siostra
nikomu? I znowu:, ale na prawdę nikomu? Po tym
kolejnym wyrazie swojego braku zaufania chłopak
usłyszał, że jak nie chce mówić, to nikt nie będzie
go zmuszał. Alumn po chwili namysłu odparł, że jego
koledzy mówili, iż ona i tak wszystko wie, to nie
będzie czegokolwiek ukrywał. Faktycznie zdarzało się
tak, że siostra Maria słyszała wewnętrzny głos
mówiący o problemach ludzi, którym pomagała.
Zresztą nie raz prosiła w swoich modlitwach o to,
aby sam Pan Bóg prowadził to spotkanie. Nawoływała
innych do posłuszeństwa natchnieniom Ducha Świętego.
Mówiła: „Pan tak pomaga, prowadzi, kieruje, gdyż
częściowe uzdrowienie nie jest w ogóle
uzdrowieniem”. W istocie Marii zależało, aby jak
największa liczba kleryków, których losy były jej
szczególnie bliskie, skorzystało z duchowego
odrodzenia. Jednocześnie szanując dar wolności, nie
przymuszała nikogo do zwierzeń wiedząc, że akt
oddania swoich bolączek Jezusowi jest skuteczny
tylko, jeśli jest szczery i dobrowolny. Choć miała
dar poznania, nie chciała bawić się z nikim w
zgadywanie czyichś słabości. Często pomagała
pytaniami, aby człowiek, nad którym się modliła
wypowiedział wszystko, co może mieć na niego jakiś
zły wpływ. Oczywiście zawsze pytała, czy może
podpowiedzieć. Otrzymywała, bowiem wielokroć
wewnętrzne poznanie, z jakimi problemami dana osoba
się do niej zwraca. Wymagała, więc szczerości od
osoby, która przychodzi, nigdy zaś nie zmuszała
nikogo do modlitwy wstawienniczej. Podkreślała
nieraz rolę dobrej woli i autentycznych decyzji
odnośnie przemiany swojego życia.
Częstokroć modliła się za ludzi, po dwie godziny nad
każdym, do późnych godzin nocnych, przez wiele dni.
Prawie nie spała, gdyż już od rana pod jej drzwiami
ustawiała sie kolejka kleryków. Bywało, że jakiś
przełożony w trosce o jej zdrowie, prosił ją, aby
wyjechała i odpoczęła, a za jakiś czas wróciła
omodlić resztę chętnych. Tak było na przykład w
Gostyniu, gdzie ojciec Jura poprosił Marię, aby
pojechała z nim do Poznania, a następnie pociągiem
do Żar, uciekając alumnom, bo dalsza praca byłaby
zagrożeniem dla zdrowia, a nawet życia kobiety.
W nowicjacie w Osiecznej siostra Maria
dokonała smutnego odkrycia. Chcąc uzyskać samoocenę
kleryków, by dowiedzieć się jak przeżywają sakrament
pokuty i pojednania zapytała ich:, „kto z was
miał w życiu dobrze odbyte spowiedzi?” Dało to
dowód ogromnych braków w formacji tychże studentów i
pokazało jak duże problemy mają z życiem
sakramentalnym i wiarą. Młodzi mówili, bowiem w
większości, że nie pamiętają, żeby się tak szczerze
i owocnie spowiadali. Zwykle tłumaczyli to brakiem
informacji i złymi spowiednikami, którzy nie
poświęcają im odpowiednio dużo czasu. Maria
postanowiła zrobić, co tylko było w jej mocy, aby te
błędy naprawić. Zaczęła indywidualne rozmowy,
przygotowała ich do spowiedzi jak potrafiła i
wezwała Ojca Jurę, aby rzucił wszystkie swoje plany
i przyjechał nazajutrz do seminarium. Obiecała
klerykom, że duchowny mając świadomość
odpowiedzialności za dusze mu powierzone, ofiaruje
każdemu tyle czasu ile będzie trzeba. Każdy
młodzieniec po skończonej spowiedzi przychodził i
dziękował Marii za doprowadzenie go do tak
wspaniałego przeżycia pojednania z Bogiem.
Maria prowadziła Seminarium Nowego
Życia w Duchu Świętym również dla kapłanów.
Zaproszona do Gorzowa Wielkopolskiego na obchody
jubileuszu kapłaństwa biskupa Pawła Sochy,
przejeżdżała wraz z ludźmi z Pieniężna, nad którymi
się modliła, przez Rokitno. Okazało się, że odbywały
się tam rekolekcje przed święceniami kapłańskimi.
Diakoni otoczyli Marię i prosili o choćby krótką
modlitwę. Niektórzy podzielili się z nią obawą, czy
wytrwają w powołaniu. Obiecała im wtedy poprowadzić
seminaria po przyjęciu przez nich sakramentu
kapłaństwa. Po skończonych uroczystościach 25-lecia
prosiła biskupa o możliwość zorganizowania
rekolekcji dla neoprezbiterów.
Ksiądz biskup Paweł Socha zgodził się
na zrealizowanie siedmiu tygodni seminariów podczas
comiesięcznych zjazdów w Rokitnie. Na ten rok
osobiście postarała się dla nich o dobrego
spowiednika.
W Pieniężnie pewien alumn prosił ją o
modlitwę za swoją chorą siostrę. Maria podjęła się
wstawiennictwa za leżącą pod kroplówkami, prawie
konającą na raka piersi kobietę. Niedługo po tym M.
Jurczyńska przybyła ze swoją posługą do Chludowa.
Zaprosił ją ojciec Prowincjał Księży Misjonarzy
Słowa Bożego. Modliła się nad prawie setką kleryków.
Razem z nimi przeżyła też pielgrzymkę Jana Pawła II
do Polski. Pojawił się tam też ów kleryk z
Pieniężna, który dostał pozwolenie na wyjazd do
siostry. W szpitalu jej nie zastał, więc przerażony
pojechał do rodzinnego domu. Okazało się, że
konająca do niedawna kobieta nosi wodę w wiadrach.
Guz znikł a lekarze polecili jej jedynie zjawiać
się, co miesiąc na wizytach kontrolnych. Kleryk ten
wbiegł na salę, gdzie Maria spożywała kolację z
młodzieżą w Chludowie i cała grupa poderwała się do
radosnego wielbienia Pana Boga. To jeden z licznych
Bożych cudów wyproszonych przez Marię. Wiele z jej
modlitw zostało wysłuchanych. Stwórca bardzo mocno
działał przez tą posługę. Miedzy innymi udzielał jej
daru proroctwa przykładem może być wydarzenie z
Pieniężna. Maria Modliła się nad ojcem Wodeckim.
Miała poznanie, że Kapłan powinien udać się do
Hiszpanii. Ojciec Potoniec podał jej Pismo Święte.
Otworzyła fragment, w którym święty Paweł pisze o
wyjeździe do Hiszpanii. Duchowny wyraźnie zdziwiony
oświadczył, że ma już kupiony bilet do Saragossy,
ale nie zdradzał tego nikomu.
To tylko kilka przykładów spotkań Marii z
potrzebującymi duchowego wsparcia.
Miejscowości, w których Maria
prowadziła dni skupienia, czy rekolekcje było bardzo
wiele. Założyła również mnóstwo grup modlitewnych,
niektóre wciąż istnieją. W miejscowościach, w
których Maria Jurczyńska zawiązywała grupy
modlitewne, wciąż istnieje Odnowa w Duchu Świętym. W
świeżo powstałych grupach, czy też trwających
nieprzerwanie od wielu lat są jeszcze obecne osoby
pamiętające charyzmatyczkę. Tak jest we wspólnotach
miedzy innymi w Zielonej Gorze, Nowej Soli,
Kożuchowie, Żaganiu, Szprotawie, czy w Nowogrodzie
Bobrzańskim.
do góry
4. OSTATNIE LATA ŻYCIA I ŚMIERĆ MARII JURCZYŃSKIEJ
Maria poświęcała bardzo dużo czasu na
pracę z ludźmi. Troszczyła się o każdego człowieka,
który do niej przychodził i nie odmawiała pomocy.
Cieszyła się z nawrócenia swojej najmłodszej córki.
Anna Kusz, z domu Jurczyńska, była owszem, osobą
wierząca, ale nie chciała się angażować w posługę
matki. Na jednych z rekolekcji, prowadzonych przez
Marię i księdza Zbigniewa Tartaka pojawiła się z
intencją odwiedzenia jej z synami. Zwykle była
bardzo zazdrosna o czas poświęcany obcym ludziom.
Wyrzucała matce brak troski o zdrowie i buntowała
się na widok tłumów gromadzących się przy rodzinnym
domu. Tego czerwcowego dnia przysłuchiwała się
jednak naukom, a następnie wzięła udział we Mszy
Świętej sprawowanej w ich ogrodzie. Ujrzała radosne
twarze, tańce, śpiewy i gorącą modlitwę. Nie było
tam nic z nudnej powinności chrześcijańskiej. Panią
Annę urzekło świadectwo żywej wiary zgromadzonych
tam ludzi. Gdy nadszedł koniec rekolekcji, córka
charyzmatyczki zrozumiała, że kończy się coś bardzo
ważnego. Odczuła wielką tęsknotę za podobnymi
doświadczeniami. Zdała sobie sprawę z tego, że
pragnie Bożej miłości i obecności w trudach życia.
Ksiądz Tartak widząc, że kobieta coś przeżywa,
zaprowadził ją do pokoju, gdzie po raz pierwszy
zgodziła się na modlitwę wstawienniczą, którą
posługiwała jej mama, wraz z tym kapłanem. Niebawem
Anna Kusz zaczęła wzrastać w wierze i formować się
do posługi wraz z rodzicielką.
Stan zdrowia Marii Jurczyńskiej zaczął
pogarszać się w ogromnym tempie. W ciągu swojego
życia przeszła kilka operacji tarczycy. Miażdżyca
rozwijała się niezwykle szybko. Kobieta coraz
częściej nie była w stanie poruszać się o własnych
siłach. Po wielogodzinnej służbie chodziła o kulach
i nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Nie mogła już,
jak to miała w zwyczaju po skończonej modlitwie w
jakimś domu zakonnym, gdy tylko w pobliżu była
kaplica, biec przed Najświętszy Sakrament i chwalić
Boga.
Tak wspomina to Irena Łabul, która
korzystała z posługi Marii na rekolekcjach w
Gostyniu. Siostra Maria pomiędzy osobami, nad
którymi się modliła, wychodziła na chwilę do
znajdującej się tuż obok kaplicy i na głos
wypowiadała swoje dziękczynienia Panu Bogu za dar
miłości do człowieka. Śpiewała przy tym i uśmiechała
się promiennie, zachęcając w ten sposób do
skorzystania z jej pomocy.
Koniec lat osiemdziesiątych i lata
dziewięćdziesiąte nacechowane były olbrzymim
cierpieniem. Maria wciąż marzyła o płynnej i
ofiarnej współpracy kleru z laikatem.
Szansą mógł sie okazać podział Parafii Wniebowzięcia
Najświętszej Maryi Panny. Nowa parafia, pod
wezwaniem Miłosierdzia Bożego, powstała 26
sierpnia 1991 roku. Dekret erekcyjny wydał ówczesny
Biskup Diecezjalny Józef Michalik. Księgi metrykalne
datowane są również na 1991 r., a Kronika parafialna
powstała w 1992 r. Kaplica, która tymczasowo służyła
nam do modlitwy, była dawną halą fabryczną,
poświęconą w kwietniu 1991 r. przez bpa Józefa
Michalika.
Było to miejsce modlitwy położone znacznie bliżej od
dotychczasowego. Nowi kapłani przynosili ze sobą
nadzieję na owocna współpracę.
Po pewnym
czasie przyszedł do parafii gdzie mieszkała siostra
Maria nowy proboszcz, ks. Ludwik Lewandowski.
Zauważył on dobre efekty pracy Marii i innych
świeckich zaangażowanych w formacje charyzmatyczną i
popierał tego rodzaju modlitwę. Również ksiądz
Zbigniew Tartak został przeniesiony, jako wikariusz
do tejże parafii.
Idea domu Apostolstwa Miłości w Duchu
Świętym zaczęła się konkretyzować w 1990 roku. Wtedy
to pojawiła się szansa na spełnienie jej marzeń.
Okazało się, że w Kunicach Żarskich jest budynek,
który mógłby stać się miejscem dla wspólnoty życia i
ośrodkiem rekolekcyjnym. Był to pustostan po dawnej
szkole podstawowej. Tej samej, do której uczęszczał
ksiądz Zbigniew Tartak, który od spotkania siostry
Marii nie tylko nie zerwał z nią kontaktu, ale
prowadził razem z nią rekolekcje i modlił się nad
ludźmi. Duchowny zafascynował się pomysłem domu
modlitwy, prowadzonego przez grupę ludzi żyjących
według wskazań Marii Jurczyńskiej. Aktywnie starał
się o pozyskanie przez Kościół Katolicki zabudowania
przy ulicy Wyzwolenia 2. Wreszcie Dnia 8 kwietnia
1992 roku Aktem Notarialnym - Repertorium A numer
2696/1992, budynek po byłej Szkole Podstawowej w
Kunicach, zostaje przekazany na własność Diecezji
Zielonogórsko - Gorzowskiej.
Czas płynął jednak nieubłaganie i siły starszej
kobiety słabły. Zdążyła jeszcze, pomimo olbrzymich
już dolegliwości, na cztery lata przed śmiercią,
poprowadzić Seminaria Nowego Życia w Duchu Świętym.
Rekolekcje te skierowane były do kleryków piątego
roku Seminarium Duchownego w Paradyżu. Trwały prawie
rok. Klerycy przyjeżdżali do niej, gdyż nie była w
stanie się poruszać.
Nieustanna służba, dniem i nocą,
modlitwą wstawienniczą nie pozostawała bez wpływu na
jej i tak bardzo kruche zdrowie. Kłopoty z nogami
wynikały z braku ruchu, pojawiły się obrzęki,
niedotlenienie i niewydolność krążenia.
Na dodatek Maria poruszając sie po
własnym domu, uległa poważnemu wypadkowi. Kula, na
której się wspierała, poślizgnęła się i M.
Jurczyńska z impetem upadła na podłogę. Nastąpiło
złamanie ręki, pęknięcie obojczyka i dwóch żeber. Od
tego wypadku już więcej nie chodziła. Była przykuta
do łóżka. Rozwijająca się choroba kręgosłupa,
pozwalała tylko na pozycję siedzącą, chora nie mogła
się położyć. Ciągle miała do wyboru tylko dwie
pozycje: siedząca, z nogami opuszczonymi na podłogę
i ta sama z nogami na taborecie. Tak spała, jadła i
posługiwała. Jak wspomina córka Marii, do snu
podkładała sobie rolkę papieru toaletowego pod
podbródek, aby jej głowa nie opadała. Taki stan
rzeczy trwał ponad 3 lata do dnia, w którym Pan
zabrał ją do siebie.
Bardzo cierpiała, ale nie skarżyła się. Wciąż
przyjmowała potrzebujących modlitwy i rozmów
duchowych. Nie mogła już nigdzie jeździć, więc
chętnych na przyjazd do domu przybywało.
Jej pokój był zapełniony modlącymi się
w jej intencji ludźmi. Ona jednak nie chciała już
nadwyrężać Bożej woli i gotowa była umrzeć.
Pocieszała tych, którzy płakali nad jej stanem
zdrowia. Ci, którzy mówili, że nie wyobrażają sobie
życia bez jej pomocy przestrzegała przed takim
patrzeniem. Nie chciała nikogo zatrzymywać dla
siebie. Nie pragnęła sensacji wokół siebie, a tylko
służby Bogu. I teraz, w tak późnym wieku, pośród
wielu swoich niedomagań, potrafiła być wsparciem dla
innych. Imponowało to wielu osobom. Przychodzili,
aby ją pocieszyć i dodać otuchy na czas umierania, a
wychodzili pokrzepieni i pełni nowego zapału. Do
ostatnich chwil udzielała porad, modliła się nad
ludźmi.
Nawet już w szpitalu, gdzie było jasne,
że niewiele dni dzieli ją do odejścia do domu Ojca,
mężnie znosiła te trudy, słuchała o problemach
innych i dawała nadzieję.
Jej ostatnie lata wspomina ojciec
Błażej Sekuła, który stał się jej duchowym
przyjacielem: „Kontakt z Marią trwał aż do jej
śmierci. W ostatnich latach, gdy już nie mogła
podróżować odwiedzałem ją w domu, odprawiałem jej
Mszę Świętą, udzielałem jej sakramentu chorych. Choć
była mistrzynią w modlitwie wstawienniczej wobec
innych, to za każdym razem prosiła o modlitwę
wstawienniczą mnie i osoby mi towarzyszące. Wiele
razy myślałem, że to jest już moje ostatnie
spotkanie z nią, ale przekonywałem się, że człowiek
ducha nie podlega ogólnym prawom medycznym i
fizycznym Zapraszała mnie też wiele razy na
modlitwę dla trudnych spraw. Byłem świadkiem
natychmiastowych uzdrowień palaczy i z innych
nałogów. Uczestniczyłem wiele razy w egzorcyzmach
wobec ludzi zniewolonych grzechami cielesnymi,
zmysłowości, dzieciobójstwa i innymi. Podziwiałem
jej spokój i ufność do Boga w chwilach bardzo
trudnych w duszach ludzkich. Nie była urzędnikiem.
Poświęcała tyle czasu ile było potrzeba - aż do
skutku. Często mówiła przed trudnymi egzorcyzmami -
musisz być gotów oddać życie dla sprawy Bożej, aby
uwolnić człowieka z mocy zła”.
Choć remont domu rekolekcyjnego ruszył i
zaczęły się już pierwsze spotkania formacyjne, Maria
nie mogła w tym uczestniczyć. Zobaczyła tylko ten
budynek. Niczego więcej zrobić nie mogła. Nie
poprowadziła w nim żadnych rekolekcji, choć to ona
walczyła o takie miejsce dla diecezji. Chciała
bardzo, aby było odpowiednie lokum dla wiernych,
którzy poszukiwali wiedzy religijnej i pragnęli
pogłębić swoją wiarę. Sama jednak nie skorzystała z
owocu swych starań. Odeszła do Boga mając świadomość
tego, co się z nią dzieje. Na to spotkanie
przygotowywała się przez całe życie, tęskniąc za
spotkaniem z „ukochanym Duchem Świętym”.
Ksiądz Zbigniew Tartak modląc się nad
Marią miał wewnętrzne obrazy, ukazujące stan duszy
człowieka, wolę Bożą względem niego. Miał przeczucie
zbliżającej się śmierci.
Przy szpitalnym łóżku z trudem
oddychającej kobiety siedziała na zmianę rodzina
wraz z osobami ze wspólnoty. M. Jurczyńska wprawiała
ich w dużą konsternację. Każdy pragnął cudu
uzdrowienia i gotów był na wielkie modlitewne ofiary
w tejże intencji, a wątła i przygarbiona kobieta
prosiła: módlcie się, abym szybciej umarła.
Tłumaczyła oczywiście, że tęskno jej do Pana Boga.
Anna Kusz wspomina trud, z jakim wypowiadała słowa.
Bardzo się już męczyła. Nie mogła złapać oddechu.
Wciąż w jej pokoju ktoś miał się modlić o
dobrą śmierć dla niej. W niedzielę 17 marca, późnym
wieczorem, córka Anna, wraz z księdzem Zbigniewem,
żegnali się z siostrą Marią od Ducha
Świętego, na noc. Siedzieli na jej łóżku po obu
stronach i tulili się do niej. Gdy mieli odejść,
Maria prosiła ich o pozostanie jeszcze, choć chwilę.
Zwykle o określonej godzinie po prostu się
rozstawali. Prośbę spełnili, więc ich pożegnanie
przeciągnęło sie prawie do północy.
Dnia 18 marca 1996 roku, około godziny
siódmej dwadzieścia, jej marzenie o zobaczeniu Boga
twarzą w twarz się spełniło. Odeszła cicho do Pana.
Nie bała się tej chwili, dlatego nie chciała smutku,
żałoby ani łez, bo odeszła tam, gdzie jest źródło i
cel wszelkiego szczęścia.
Często mówiła, że święty Józef ją zabierze do Boga.
Faktycznie, zmarła w wigilię obchodów Uroczystości
świętego Józefa Oblubieńca. Zdawała się wiedzieć,
kiedy to nastąpi. Nie była jednak bierna. Póki mogła
zrobić cokolwiek dla drugiego człowieka, działała.
Nawet siedząc na szpitalnym łóżku pod tlenem,
wysłuchała ostatni raz ludzkich trosk i służyła
modlitwą.
Gdy Anna Kusz, przez wzgląd na mamę
nazywana przez bliskich Marysią, przyszła w
poniedziałkowy poranek do pracy, nie zdążyła sie
jeszcze dobrze wypakować, a w drzwiach biura stanął
ksiądz Tartak. Stał i tylko na nią patrzył.
A. Kusz zapytała: Czy już? Kapłan
odpowiedział, że już. Wszystko było wiadome. Marii
Jurczyńskiej nie ograniczało już stare, schorowane
ciało.
M. Jurczyńska prosiła, aby na jej
pogrzebie śpiewano radośnie, oraz żeby do trumny
ubrać ją w wiosenną sukienkę w kwiecistą łączkę. Tak
też się stało. Jej pochówek, który odbył sie 21
marca był podobny do święta. Zdawać by się mogło, że
odbywa się tam wesele, a nie uroczystości
pogrzebowe.
Maria prosiła, aby ciało pożegnać w
domu. W dużym pokoju, wokół ustawionej na
prowizorycznym katafalku z krzeseł stanęło mnóstwo
osób. Następnie rozpoczęto spotkanie modlitewne.
Śpiewano przy gitarach pieśni pełne energii i
radości. Sąsiedzi byli zgorszeni takim obrotem
sprawy. Nie wyobrażali sobie pogrzebu bez łez
i żałobnych pieśni. W domu na
ulicy Średniej popłynęła modlitwa uwielbienia Boga
za dar życia siostry Marii. Gdy odmawiano Ojcze
Nasz, wszyscy złapali się za ręce. Również Marię
złapano za dłonie i została włączona w ten krąg.
Odbyło tam się ostatnie spotkanie Odnowy w Duchu
Świętym z jej fizyczną obecnością.
Pierwszy dzień wiosny, w kaplicy pod
wezwaniem Miłosierdzia Bożego w Żarach przy trumnie
z doczesnymi szczątkami Marii Jurczyńskiej,
zgromadziły się tłumy ludzi. Było wielu księży.
Głównym celebransem Mszy Świętej był koordynator
Odnowy w Duchu Świętym w Diecezji
Zielonogórsko-Gorzowskiej, ksiądz Eugeniusz
Drzewiecki. Kazanie wygłosił ksiądz Zbigniew Tartak
- opiekun Odnowy w Duchu Świętym. Kościół wypełnili
wierni z różnych stron diecezji, a także między
innymi z Warszawy, Łodzi, Poznania. Na Eucharystii,
ale i na pogrzebie śpiewał zespół Żarskiej wspólnoty
Odnowy w Duchu Świętym. Wykonał pieśń ze słowami:
„Już teraz we mnie kwitną Twe ogrody, już teraz we
mnie Twe Królestwo jest” Był to niewątpliwie
bardzo trafiony utwór. Gdyż Maria z wielką nadzieją
oczekiwała na swoją śmierć wierząc, że to tylko
przejście przez bramę. Było w niej ogromne
przekonanie o czekającym na
nią Chrystusie, któremu przecież starała się służyć
ze wszystkich sił. Często tłumacząc coś odwoływała
się do życia wiecznego, że tam już nic nie będzie
takie samo. Nie będzie bogatych i biednych, tylko
wieczność z Bogiem, który zapyta jedynie o miłość i
będzie sie cieszył nami i tymi, których do Niego
przyprowadzimy.
Tęsknota za Stwórcą, o której nie raz mówiła,
mobilizowała ją do wielkiego wysiłku na rzecz ludzi.
Osiemnastego marca 1996 roku nadszedł kres jej
doczesnego życia.
do góry
5. DUCHOWOŚĆ SIOSTRY MARII
OD DUCHA ŚWIĘTEGO
Nie sposób opisywać postać Marii
Jurczyńskiej bez poruszania kwestii duchowych. Jej
życie i posługiwanie pełne było Bożego prowadzenia.
Motorem wszelkich jej działań była wiara. Podczas
jednej z modlitw, której świadkiem była Wiesława
Arciszewska, Maria zanotowała słowa, które usłyszała
w swoim wnętrzu: „Powierzam ci tajemnicę
uzdrawiania Moją miłością, Moim sercem. Nie wiesz,
bo nie możesz wiedzieć o głębokości Mego pragnienia
uzdrowienia każdego człowieka z jego niemocy
duchowej. Spójrz Mi w oczy, zanurz się w nich cała -
zanurz w nich twego chorego. Moje Boskie oczy
przenikają ciebie, przenikają chorego, którego Mi
dajesz. Pod wpływem promieni miłości, które na
wskroś przenikają chorego, bo nieskończenie go
kocham - dziecko Moje - topnieje w nim zło, które go
jak rak toczyło. Obserwujesz proces jego własnej
złej woli idącej ku zgubie i przekształcasz ją w
silny most, pomost między chorym a Mną. Idę tym
pomostem, dostępnym mi przez człowieka i dotykam
jego jaźni, duszy, ciała, jego psyche; wszystko się
ożywia, rozkurcza, taje, zaczyna rozkwitać. Zeschła
ziemia zielenieje, słońce Mych oczu promienieje,
niesie ciepło, skała się rozkrusza, pięści zwalniają
ucisk, nogi się stają proste i silne, głowa i czoło
- uniesione. Człowiek gotowy do nowej drogi z
pieśnią dziękczynienia i uwielbienia Mnie w Ojcu -
na ustach. Oto cud uzdrowienia, łaski Mojej, danej
ku pomocy. A potem mówię: Idź, okaż się kapłanom na
świadectwo, na chwałę Mojej miłości do Ojca”.
Oczywiście przyjęła je, jako słowo Boga, skierowane
do niej.
Opisywany tu cud przemiany to nic
innego, jak właśnie skutki posługi modlitwą
wstawienniczą. Nie była to żadna gotowa technika.
Maria zwyczajnie rozmawiała z ludźmi. Jako wrażliwa,
mądra i zasłuchana w Ducha Świętego kobieta,
potrafiła pocieszyć każdego i wskazać możliwe,
zgodne z wolą Bożą, rozwiązanie. Do dziś właśnie
taki sposób modlitwy jest praktykowany w domu
rekolekcyjnym w Żarach – Kunicach. Do dziś istnieje
ogromne zapotrzebowanie na taką służbę. W związku z
tym, że taka forma modlitwy wciąż występuje w
założonej przez Marię placówce, temat ten zostanie
szerzej omówiony w rozdziale trzecim, gdzie
poruszone będą kwestie spuścizny po siostrze Marii.
Podczas głoszenia niezliczonych konferencji wiodącym
tematem dla M. Jurczyńskiej był Duch Święty i
Jego działanie. Warto zapoznać się z tokiem jej
myślenia, poznać logiczność i życiową przydatność
wypowiadanych przez nią nauk. Maria kochała
młodzież. Miała z nią dobry kontakt. Młodzi ludzie
bardzo ją szanowali i ufali jej. To właśnie do
młodzieży wypowiedziała konferencję, której
najważniejsze wątki znajdują sie poniżej.
Dary Ducha Świętego przekazane są
człowiekowi, aby ten, umocniony, mógł z ich pomocą
śmielej i łatwiej iść za natchnieniem Ducha
Świętego. Owe Dary są trwałymi zdolnościami, które
pomagają nam w spełnianiu dobrych uczynków łatwo,
szybko, radośnie oraz z uległością Duchowi Bożemu.
Dary te ponadto, ułatwiają człowiekowi zdobycie
cnót, i są z nimi ściśle związane by wspierać główne
władze duszy- rozum i wolę. Dary są duszą cnót i
ułatwiają ich wykonywanie. Cztery pierwsze dary
wspierają rozum. Bojaźń Boża, męstwo i pobożność
odnoszą się do woli.
Należy, by chrześcijanin wysoko cenił
Dary Ducha Świętego z dwóch powodów: są one
konieczne, by dojść do wieczności, oraz dlatego że
posiadają wielką wewnętrzną godność i wzniosłość.
Poprzez używanie darów wszystkich nasze władze i
czynności prowadzą nas do jeszcze większego
zjednoczenia z Bogiem.
Dar rozumu:
umacnia on wiarę, która jest w stanie przyjąć oparte
na Słowie Bożym i Tradycji nauczanie Kościoła. Jest
on szczególnie ważny dla kapłanów, katechetów,
nauczycieli oraz wszystkich tych, którzy głoszą
wiarę w Chrystusa. Dar ten współpracuje z
człowiekiem o pokornym i czystym sercu.
Dar umiejętności:
dar ten pomaga człowiekowi zrozumieć objawienie w
świetle dowodów świata stworzonego. Różni się on od
daru rozumu, ponieważ on przyjmuje wiarę za pewnik,
umiejętność natomiast ją wzmacnia podając powody.
Dar ten doskonali także poznanie nas samych oraz
innych ludzi. Kształci w nas umiejętność służby
bliźniemu, dlatego też jest bardzo potrzebny
kapłanom, rodzicom i wychowawcom, których zadaniem
jest inspirować do czynienia dobrych uczynków.
Dar mądrości:
daje on człowiekowi niezwykłe światło pozwalające mu
poznać Boga. Daje on duszy niezwykłą radość i pokój
oraz rodzi wielką miłość. Mądrość otrzymujemy przez
pragnienie i modlitwę, pracę nad czystością serca i
pokorę. Jest to najwyższy i najwznioślejszy dar
Ducha Świętego.
Dar rady:
pozwala on człowiekowi w pewnych wypadkach rozeznać,
co należy czynić i jakich środków użyć. Jest on
pomocą, aby wszystkie nasze czyny czy działania
zgodne były z wolą Bożą. Wiąże się on z cnotą
kardynalną roztropności i ją udoskonala. Jest on
niezwykle potrzebny do służby bliźniemu, ponieważ
pomaga nam po bratersku i z miłością służyć mu
wsparciem.
| Dar męstwa:
W przeciwieństwie do powyższych darów, ten odnosi
się do woli. Dany jest nam w celu pokonywania
przeszkód stojących na drodze naszego życia takich
jak pokusy, oschłość, problemy z modlitwą. Męstwo
czyni nas zwycięzcami wszystkich tych trudności. Bez
tego daru nie potrafilibyśmy sprostać żadnemu
powołaniu. Szczytem męstwa jest męczeństwo za wiarę.
Dar Bojaźni Bożej:
pozwala on naszej duszy by nie wybierała zła nie
tylko przez wzgląd na karę, ale przede wszystkim z
dziecięcej ufności Bogu i z przeświadczenia, że za
nic nie chcę go zranić. Pismo Święte nazywa Bojaźń
„początkiem Mądrości”. Przynosi ona pokój serca,
ufność i wesele. Pozwala też człowiekowi na
przeżycie modlitwy, jako spotkania pełnego czci,
bojaźni i miłości.
Dar pobożności:
skłania ona człowieka do oddawania czci Bogu, jako
Ojcu. Pomaga on człowiekowi z dziecięcą ufnością
stanąć przed Bogiem. Dar pobożności zaleca miłość do
Kościoła, jako matki oraz do wszelkich form kultu i
ćwiczeń pobożnych. Pomaga nam też dostrzec i ukochać
Chrystusa w naszych bliźnich.
Oprócz opisu działania Trzeciej Osoby
Trójcy Przenajświętszej Maria najczęściej
posługiwała sie zwrotem: dobrze, chętnie i radośnie.
To wskazówka dla wszystkich chcących formować się na
drodze dojrzałej wiary. Jest to swoista forma
rachunku sumienia. Polega ona na tym, by w każdej
czynności naszego życia obecne było owe: dobrze,
chętnie radośnie.
Zwraca się uwagę, aby każda czynność
wykonywana w ciągu dnia przepełniona była Bożą
obecnością. Chodzi o to, by każdą chwilę uczynić
modlitwą na cześć Boga. To nieustanne pytanie, czy
to, co wydarzyło się od rana było dobre, chętne,
radosne. W ten sposób możemy prześledzić cały
dzień od wstania aż do położenia się spać
i zadawać sobie pytania czy
rzeczywiście to, co robiłem było dobre, chętne,
radosne. Już sam moment wstania może być
dziękczynieniem Bogu za łaskę kolejnego dnia. Nawet
takie drobiazgi jak mycie naczyń w tej perspektywie
mogą nabrać niezwykłego znaczenia –„myję naczynia,
bo kocham Boga, który daje mi tę pracę bym mógł go
chwalić”
Bóg stworzył świat w ciągu sześciu dni i
to, co stworzył było bardzo dobre. Wszystko,
co Bóg czyni, jest dobre. My zaś, jako ludzie mamy
naśladować Boga, czyniąc wszystko dobrze. Bóg jest
naszym wzorem, za którym mamy podążać. Mamy być
doskonali jak Ojciec nasz jest doskonały (Por. Mt 3,
16)
Czynić coś chętnie, to czynić to jak Jezus.
Postawa Jezusa zawsze była pełna poddania woli Ojca.
Najbardziej ukazało się to w męce i śmierci na
krzyżu. Podjął cierpienie chętnie zapatrzony w Ojca
Niebieskiego i posłuszny Jego woli.
Radośnie
to znaczy z Parakletem- Pocieszycielem. A jeżeli
jest Pocieszyciel- to nie może być mowy o klęsce.
Jeśli więc wszystko czynimy w Duchu, z Duchem i
przez Ducha- zwycięstwo mamy zapewnione.
Jest to, więc sposób refleksji, który rozwija nas w
miłości do Trójcy Świętej, a także daje nam udział w
Jej wewnętrznym życiu.
Maria Jurczyńska wypowiedziała wiele
konferencji, ale zawsze mówiła w odniesieniu do
życia codziennego. Zdawała sobie sprawę z tego, że
mawia do ojców, matek, kapłanów, pracowników albo
kogoś, kto przygotowuje się do tej funkcji.
Dostosowywała swoje mowy do słuchaczy i ich
możliwości. Potrafiła zachwycić profesorów, ale też
dotrzeć do analfabetki, która przyszła po chleb, a
odeszła posilona dodatkowo pokarmem dobrego słowa.
Bogactwo doświadczeń życiowych wykorzystywała w
rozmowach i modlitwie, dzięki czemu ludzie czuli, że
mają do czynienia z kimś z ludu, kto ich zrozumie i
nie odrzuci.
do góry
DZIEDZICTWO DUCHOWE MARII JURCZYŃSKIEJ
6. MODLITWA WSTAWIENNICZA
Rozdział ten ma na celu poznanie praktyki modlitwy
wstawienniczej w takiej formie, w jakiej funkcjonuje ona na
terenie diecezjalnego Domu Rekolekcyjnego w Żarach-
Kunicach. Jest to metoda, która powstała na przestrzeni wielu
lat posługi siostry Marii od Ducha Świętego. Właśnie takiego
sposobu uczyła Maria.
Poniższy tekst powstał w oparciu o treść konferencji
formacyjnej siostry Marii, której tematem jest sposób
przygotowania się do prowadzenia modlitwy wstawienniczej oraz
jej przebieg.
Następnie, rozdział ten przybliży funkcjonowanie Wspólnoty
Apostolstwa Miłości w Duchu Świętym (A.M.D.). Grupa owa, była
sposobem realizacji idei współpracy laikatu z duchowieństwem
autorstwa Marii Jurczyńskiej. Nieodzownym elementem omawiania
tej kwestii, okaże się analiza kongregacji A.M.D i funkcjonowania placówki rekolekcyjnej
w Kunicach.
Modlitwa wstawiennicza, jest to zwracanie się do Boga, prośba do
Niego skierowana w czyjeś intencji, za jakąś osobę. W modlitwie
tej niezwykle ważne są dwie kwestie: otwartość omadlanego oraz
dyspozycyjność osoby modlącej się.
Otwartość zakłada prawdziwą chęć zmiany swojego życia i
odwrócenie się od zła, a także bycie szczerym wobec samego
siebie i Boga.
Natomiast dyspozycyjność osoby modlącej się polega na stałej
gotowości do służby. Gotowość owa wyraża się przede wszystkim w
stałym wzroście modlącego się. By mógł on posługiwać swemu bratu
w imię Boże, musi być z Bogiem w głębokiej relacji. Z tej
relacji wynika zaś miłość do drugiego człowieka, która jest
fundamentem posługi modlitwą wstawienniczą. Posługujący musi
naprawdę kochać swojego brata szczerą miłością, pełną pokory i
zrozumienia, bo Chrystus w nim mieszka. Bardzo ważne jest to,
żeby to Duch Święty prowadził modlitwę, by nie były to pomysły
człowieka. Człowiek jest tylko lichym narzędziem w ręku
wszechmocnego Boga.
Stosowanie egzorcyzmów: zdarza się, że jeżeli jakiś nałóg nie da
się pokonać przez spowiedź, to pozostaje egzorcyzm.
Każdy człowiek powinien codziennie odmawiać egzorcyzm prosty nad
sobą np. podczas modlitwy porannej.
Bardzo zalecane jest nabożeństwo do św. Michała Archanioła.
Zawiera ono, bowiem wiele modlitw egzorcyzmowych i warto z tego
korzystać, by się bronić przed atakami złego ducha. Egzorcyzm,
jako taki, może usunąć opętanie. Opętanie może nastąpić wtedy,
kiedy człowiek zniewolony jest jakimś grzechem. Szatan ma wtedy
otwarte drzwi, by zawładnąć duszą człowieka. Kiedy następuje
uwolnienie człowieka, zerwanie z grzechami
często nawet sam wygląd zewnętrzny się zmienia.
Praktyczny sposób modlitwy wstawienniczej: na początku wielbimy
Boga, potem dziękujemy za wszystkie łaski, następnie, jeżeli
można, to należy użyć egzorcyzmu.
Przygotowaniem jest gotowość służenia. Nigdy człowiek nie może
odmówić modlitwy komuś, kto o nią prosi. Nawet, kiedy bardzo ci
się spieszy, to powinno się w krótkim westchnieniu zmieścić
całe pragnienie dobra dla drugiej osoby.
Miłość Boża przynosi uzdrowienie: Bóg kocha człowieka i chce
tą miłością obdarzać swoje dzieci. Miłość Boża rekompensuje
człowiekowi niedosyt miłości ludzkiej. Bóg przychodzi do
człowieka z uzdrowieniem, nieraz także z uzdrowieniem fizycznym.
Poranna intencja: każdy człowiek, który chce służyć powinien już
w swej porannej modlitwie oddać każdego, kogo Pan postawi na
naszej drodze. Żaden dzień nie powinien przeminąć bez drobnych
praktyk, czy drobnych modlitw wstawienniczych. Bez służby, dary,
które otrzymaliśmy, które otrzymaliśmy przy wylaniu Ducha
Świętego, mogą zupełnie zniknąć. Dlatego nigdy nie można odmówić
modlitwy tłumacząc, że nie wie się, czy ma się dary.
Ze współczuciem, pokornie: służący modlitwą musi być osobą,
która jest głęboko współczująca i ma pokorne serce. Każdego
należy obdarzać serdecznością i
łagodnością.
Osobę omadlaną i tak wiele kosztuje otwarcie się, tym bardziej
powinien odczuć, że osoba, która się modli, żywi do niego
uczucie autentycznej braterskiej miłości. W takiej atmosferze
współczucia i miłości rodzi się coraz większa otwartość na Boże
działanie. Jednak nie należy wyciągać pewnych rzeczy na siłę,
lecz jeżeli ktoś jest zamknięty należy tłumaczyć mu, że aby
nastąpiło całkowite uzdrowienie Bóg potrzebuje otwartości.
Bóg nie czyni niczego połowicznego, lecz chce uzdrawiać całego
człowieka. Dlatego tak ważna jest otwartość człowieka, nad
którym się modlimy.
Modlitwę należy przeprowadzać w ścisłym zjednoczeniu z Bogiem.
Zawsze należy słuchać Ducha Świętego, nawet czasami wbrew
pomysłom osoby, która do nas przychodzi. Sam człowiek, bowiem
czasem sam nie wie i nie rozumie, czego naprawdę potrzebuje.
W modlitwie, zatem musi istnieć naprawdę bardzo głębokie
zjednoczenie ze Stwórcą.
Na
wstępie warto zadać człowiekowi kilka pytań. Pytanie o
środowisko, jest pytaniem podstawowym. Wydawałoby się, że tak
odległe czasy jak poczęcie i dzieciństwo nie
mają większego znaczenia, tymczasem mają znaczenie zasadnicze.
Bardzo ważne jest czy człowiek urodził się w atmosferze miłości,
czy może awantur pijackich, zdrad małżeńskich, rozwiązłości. Pan
Bóg stworzył człowieka pięknie i harmonii, lecz to
rodzice i prarodzice poprzez swoje grzechy, zniekształcili w człowieku tę harmonię. Nawet, jeżeli wydaje
się, że dziecko było chciane to, jeżeli w momencie poczęcia
rodzice, choć przez chwilę, nie chcieli tego dziecka, to ono już
będzie nosić pewien deficyt miłości, której zabrakło od
najbliższych ludzi. Może tworzyć to w dziecku przestrach. Lęki
często związane są z sytuacją kobiet w ciąży. Wszelkie stresy i
komplikacje związane z porodem odbijają się później na dziecku.
Tak też jest z egocentryzmem. To sytuacja rodzinna jest temu
winna. Jeżeli dziecko wzrasta w atmosferze awantur, alkoholu to
najczęściej ucieka w samotność, izoluje się. Deficyt miłości i
samotność często kończą się tym, że dziecko wpada w nałóg
samogwałtu. Później taki egocentryk będzie osobą potrzebującą
miłości, zaakceptowania przez innych. Będzie rozżalony i nie
będzie potrafił docenić miłości, którą będzie mu się okazywało.
Najgorsze w skutkach lęki, to lęki przed pijącymi i znęcającymi
się ojcami, ciągła potrzeba ratunku, ucieczki. Takie sprawy
zostają potem w człowieku bardzo głęboko. Do takich lęków
zaliczyć można także przeżycia wojenne, a także kwestię
zaakceptowania dziecka w szkole przez nauczycieli, wychowawców,
kolegów.
Następnym ważnym zagadnieniem jest pytanie o moment pierwszego
rozbudzenia religijnego. Czy nastąpił wcześnie, czy późno i w
jakich okolicznościach? Należy również zapytać przychodzącego do
nas o jego życie wewnętrzne: jak często się spowiada, czy ma
stałego spowiednika, czy lubi się modlić? Gdy jest to kleryk,
można zadać pytanie, czy chętnie odmawia brewiarz. Pytania te
mają na celu, by człowiek zobaczył swoją relację do Boga, do
siebie samego, a także do innych ludzi. Bardzo często na
modlitwie wstawienniczej poruszana jest sprawa powołania. Młodzi
klerycy czasami wątpią w to, czy są powołani. Każdy powołany
przeżył chwilę uroczystego, wewnętrznego przekonania, że Bóg
chce, aby był kapłanem. I jest to wystarczający powód
potwierdzającym, że ma się powołanie.
Jeżeli chodzi o nałogi wśród kleru, to należy pamiętać, że
kapłan powinien być człowiekiem wolnym wewnętrznie, ponieważ
reprezentuje Chrystusa. Kapłan o istnieniu
alkoholu powinien zapomnieć raz na zawsze. Szatan, bowiem bardzo
często używa najróżniejszych podstępów by zniewolić duszę
człowieka, opętać nałogiem. Jeżeli kapłan szanuje swoje
kapłaństwo i kocha Boga, to nie da się wewnętrzne zniewolić
alkoholem. Podobnie jest z papierosami. Niszczą one zdrowie
fizyczne i moralne. Kapłan jest człowiekiem
poświęconym Bogu, nie może, więc nie ma prawa niszczyć swego
ciała, swego zdrowia.
Kolejnym pytaniem zadawanym klerykom jest kwestia zachowania
poza seminarium. Czy poza seminarium także potrafił dochować
wierności Bogu, czy atmosfera rozluźnienia spowodowała także
rozluźnienie relacji z Bogiem?
Sprawa miłości bliźniego jest tu bardzo ważnym pytaniem. Jeżeli
żyje się w większej społeczności, takiej jak seminarium, to
bardzo łatwo o konflikty. Wtedy właśnie miłość bliźniego jest
bardzo ważna. Potrafić przemilczeć pewne niewłaściwe zachowania
drugiego człowieka. Radą jest wtedy, by zadać sobie pytanie: a
czy Pan Bóg o tym wie? Bo jeżeli wie to dopuścił taką a nie inną
ciężką sytuację, aby móc spojrzeć na swojego współbrata i
dostrzec w nim Boga, który ma coś konkretnego do powiedzenia.
Kiedy człowiek ćwiczy się w takim opanowaniu względem drugiego
człowieka, wtedy miłość i pokora w nim wzrastają. Jest jeszcze
jeden aspekt przyjmowania ciężkich sytuacji, jakie spotykają
człowieka w pokorze i cichości- ekspiacja. Należy wtedy przyjąć
to cierpienie i ofiarować je w duchu wynagrodzenia za kogoś.
Takie postępowanie przynosi wielki pożytek duchowy.
Modlitwa osobista. Jest to kolejne ważne pytanie, które powinno
być zadawane podczas modlitwy wstawienniczej. Jeżeli bowiem coś
człowiek ma sumieniu to i modlitwa sprawia duże
trudności. Potrzebny jest jednak ten najintymniejszy kontakt
z Bogiem, ponieważ on to może wszystkie nasze trudne sprawy
załatwić. By jednak modlitwa była w pełni zjednoczeniem z
Bogiem, należy najpierw westchnąć do Ducha Świętego. Jest to
najlepsze przygotowanie do modlitwy czy to wspólnotowej czy
indywidualnej. Modlitwa powinna być dla człowieka radością,
nabieraniem sił duchowych, a nie jedynie formalnością czy
przymusem. Do tego właśnie uzdalnia nas Duch Święty.
Przy okazji tematu modlitwy, można zapytać o różaniec. Modlitwa
różańcowa nie jest potrzebna Maryi. Ona jest potrzebna ludziom,
aby powtarzając słowa tej modlitwy, stawali się coraz bardziej
pokorni, podobni do Matki Bożej. Modlitwa różańcowa nie musi być
zrutynizowana. Można przeżywać ją w perspektywie różnych
wydarzeń naszego życia, lub z Aniołami, ze świętymi,
misjonarzami.
W
trakcie modlitwy wstawienniczej warto zająć się też tematem
oschłości. Jest ona jak choroba. Kiedy ona się pojawia, człowiek
powinien zadać sobie pytanie, co jest tego przyczyną? Najlepiej
jest poradzić się jakiegoś zaufanego kierownika lub własnego
spowiednika. W kwestii spowiedzi, to powinna być ona
cotygodniowa, najwyżej 2 tygodniowa. Oprócz tego
kontrola u swojego kierownika duchowego.
Jeżeli sumienie wyrzuca człowiekowi coś to człowiek powinien jak
najszybciej reagować. Jeżeli potrzebne jest przeproszenie lub
przebaczenie należy zrobić to jak najszybciej. Najlepszą radą
jest częsta modlitwa, Bóg, bowiem czeka na nas w każdej chwili i
okoliczności naszego życia by przyjść nam z pomocą.
Bardzo ważne jest, aby oprócz pokuty zadanej przez kapłana,
wziąć sobie jeszcze jakąś pokutę dodatkowo. Taką, która by
kosztowała i pouczała. Jeżeli zaś zdarzają się często te same
grzechy, jest jedna zasada: nigdy nie szukać okazji do grzechu.
Bardzo ważne jest w człowieku nastawienie, że za wszelką cenę
nie chce zgrzeszyć.
Podczas modlitwy wstawienniczej należy zapytać osoby nad którą
się modlimy o jakiś plan życia, postępowania. Jest to bardzo
ważne w życiu duchowym, kiedy pewne rzeczy są harmonijne,
poukładane. Porządek jest bardzo potrzebny i musi być zachowany.
Sam Duch Święty jest bowiem Bogiem porządku i ładu.
Po
modlitwie o duchowe uzdrowienie człowieka, bardzo często
następuje również uzdrowienie fizyczne. Jednak można modlić się
bezpośrednio o uzdrowienie fizyczne a nawet o cud. Im większe
jest zaufanie człowieka do Boga, tym bardziej prawdopodobne, że
uzdrowienie dokona się.
Taka szkoła Marii sprawia, że wciąż istnieje duże
zainteresowanie posługą modlitwy wstawienniczej, od poczęcia. O
tejże napisano w 2007 roku książkę „Praktyka modlitwy
wstawienniczej” Jest w niej zamieszczony rozdział napisany
przez córkę Marii Jurczyńskiej - Annę Marię Kusz.
Modlitwą taką mieli posługiwać członkowie Apostolstwa Miłości w
Duchu Świętym. Jest to grupa mająca żyć według kongregacji
napisanej w duchu konferencji i poleceń Marii Jurczyńskiej.
Fragmenty z pracy
magisterskiej za zgodą autorki p. Agnieszki
Bażowskiej
ŻYCIE I DZIAŁALNOŚĆ
MARII JURCZYŃSKIEJ W LATACH 1919-1996
Historia Kościoła
Praca magisterska napisana pod kierunkiem
ks. dra Dariusza Śmierzchalskiego - Wachocza
SZCZECIN 2010
do góry
Archiwum Własne Autora, M.
Jurczyńska, O modlitwie wstawienniczej,
Gostyń.
M. Gryz., Praktyka modlitwy
wstawienniczej. Materiały formacyjne z sesji „Jedność w
różnorodności” Wolbórz, luty 2007, Łódź 2007, s.
49-79.
Tamże, Dokument
potwierdzający pozostawienie przez
Stanisława Jurczyńskiego ziem w Trublach gm.
Maciejów.
Tamże, Kopia
zaświadczenia o przyznaniu Stanisławowi
Jurczyńskiemu lokalu przy ul. Średniej 10
w Żarach.
Biskup
Toth był długoletnim rektorem seminarium
duchownego w Budapeszcie i profesorem
kaznodziejstwa na uniwersytecie. Przez cały
rok akademicki gromadził tłumy studentów, na
Eucharystii w czasie, której przemawiał.
Jego kazania przetłumaczono na wiele
języków,
http://www.tedeum.pl/tytul/31,Malzenstwo-chrzescijanskie,
(15. 11. 2010).
Archiwum Rodziny Jurczyńskich, M.
Jurczyńska, Geneza powstania..., poz.
cyt, s. 21.
Archiwum Rodziny Jurczyńskich, M.
Jurczyńska, Geneza powstania..., poz.
cyt, s. 22.
Archiwum Rodziny Jurczyńskich,
Sprawozdanie z Działalności Diecezjalnego
Domu Rekolekcyjnego i Pomocy Charytatywnej
w Duchu Świętym, s. 29.
Archiwum
Własne Autora, M. Jurczyńska, Proroctwo -
odpowiedź Pana Jezusa na pytanie: czym
jest modlitwa wstawiennicza?, Łódź
1981.
|